„Kwiat wiśni i czerwona fasola” – film Naomi Kawase o uniwersalnych wartościach (spoilery)

Sierpień 30, 2017 § Dodaj komentarz

Nie wiem, czy widziałam w życiu wiele japońskich filmów, tym niemniej kino azjatyckie nie jest mi obce (z chociażby słynnym „Oldboyem”). Przykładowo, nie wiem czemu, mimo że w przypadku filmów animowanych zawsze mam odczucie „zderzenia ze ścianą”, to filmy fabularne nigdy nie sprawiały mi aż tyle problemów, i przeważnie niosły ze sobą głębokie refleksje i ciężką, brudną estetykę. Nie inaczej jest w przypadku „Kwiatu wiśni”. I zupełnie zaskakujące może być, jak bardzo „uniwersalna” historia została tam opowiedziana. Aby jednak przeprowadzić moją autorską interpretację tego filmu, muszę zaserwować parę „spoilerów”, więc do czytania zachęcam szczególnie już po obejrzeniu filmu, lub ewentualnie jeśli nie zależy Ci na efektach zaskoczenia (postaram się nie zdradzać większej ilości faktów ani rozwinięć fabuły, ale nie uda mi się pisać zupełnie ją pomijając).

Estetyka

Jeśli wyobrażamy sobie Japonię przez pryzmat japońskiego designu, lub oszczędnej, lapidarnej sztuki, albo nocnych ujęć Tokio ze słynnej „Bezsenności…” nasyconych światłami neonów i reklam LED, którymi obwieszone są drapacze chmur w centrum niezwykle przeludnionego miasta, to możemy być naprawdę zaskoczeni. Ale jeśli choćby oglądaliśmy zdjęcia z któregoś z mniejszych miast (choćby historycznego Kioto), współczesne zdjęcia, niekoniecznie ze szlaku turystycznego prowadzącego przez dziedzińce zabytkowych świątyń, tylko zwykłych domów i ulic miasta, to krajobrazy, które zobaczymy w tym filmie w żadnym wypadku nas nie zaskoczą. Niska, niezbyt wymyślna zabudowa, wiszące na kijach druty, kable, czy co tam, stare rowery powiązane łańcuchami do walących się płotów. I oto, pośród całej tej szaro burości tak naturalnie, pojawia się kwitnące drzewo wiśniowe, jak to w „Kraju Kwitnącej Wiśni” tylko można sobie wyobrazić. Ta przedziwna estetyka zostaje wzbogacona szelestami, szumami, gwizdami, dźwiękami natury widzianej i słyszanej detalicznie w medytacji osoby wsłuchującej się w opowieść wiatru i historię fasoli. Taki jest ten film, trochę dziwny, ale z pewnością po prostu bardzo zmysłowy.

zdjęcie z Kioto

Choroba Hansena – czyli zaczynamy SPOILERY

Nazwana tak od nazwiska Armauera Hansena, który dopiero w 1863 roku wykrył jedną z dwóch bakterii ją wywołujących. Jak większość chorób niegdyś niezwykle groźna, śmiertelna, dzisiaj skutecznie leczona. Słabo zakaźna i to w dodatku tylko przez kontakt z osobą przewlekle nieleczoną.

Mówimy o trądzie…, o chorobie, która kojarzy się z ciemnym średniowieczem, czymś co w naszej wyobraźni jest silnie zaraźliwe jak dżuma.

Dlatego ten film tak bardzo pełen jest symboliki, ponieważ określenie „trędowaty” na stałe weszło do słownika jako określenie czegoś/kogoś, z czym kontaktu panicznie, za wszelką cenę pragniemy uniknąć. Co straszy, śmierdzi, odrzuca, przeraża.

Proponuję choć jedno skojarzenie: trędowaty – „ciapaty”… (i nawet w obu jest coś „skórnego”). Bo dla mnie „Kwiat wiśni” to opowieść o tym jak to jest żyć w społeczeństwie i być trędowatym. Oraz jak to jest sensowne lub względne, czy chcemy się bać trędowatego. Czy to jest tylko nasz wybór? Chodzi mi o to, że SĄ podstawy, żeby się bać. Ale nie są one tak wielkie, żeby MUSIEĆ się bać.

Ta historia to nie historia Tokue, starej kobiety o zdeformowanych dłoniach, która słucha co mówi do niej fasola (a tak naprawdę to słucha co mówi do niej bohater filmu Sentarô), to historia Sentarô i tego jak miłość przełamuje lęk, strach o własne życie, który staje się po prostu niczym. W tym filmie chodzi o kanarka uwięzionego w klatce (to też jego historia), ten ptak i jego los to historia o zniewoleniu lub wolności.

Film Naomi Kawase to opowieść o tym, że wolność jest kwestią wyboru, i że wolność to po prostu odrzucenie lęku.

Właśnie w tym postrzegam jego wielkość, że niezależnie od kulturowego kręgu odbiorcy i okoliczności historycznych, niesie przesłanie tak uniwersalne i każdy może w nim znaleźć coś dla siebie.

Reklamy

„Life” – film Daniela Espinosy – o włos od megahitu

Sierpień 18, 2017 § Dodaj komentarz

Nazywany skrzyżowaniem „Grawitacji” z „Obcym”, „Life”, film o pierwszym kontakcie z obcą formą życia na orbicie ziemskiej, w istocie takie sprawia wrażenie, ale czy to źle? Wszak oba wymienione filmy były w moim przekonaniu jednymi z najznamienitszych w swoim gatunku, a „Life” czerpiąc inspiracje, lecz również doświadczenia z obu tych filmów, idealnie wypełnia zaistniałą lukę pomiędzy nimi: jest znakomitym SF, z całkiem zacnie pokazanymi prawami fizyki i realiami kosmosu, a przy tym całkiem to „prawdopodobna”, już nie do końca „fantastyczna” wizja rzeczywistości. Tylko…

Po co?

Po co sprowadzać obce formy życia (choćby i jedną żyjącą komórkę) w bezpośrednie „otoczenie” Ziemi, jakim niewątpliwie jest: orbita? Czyż to nie jest nieodpowiedzialne? Czy zawieszenie laboratorium badającego „obcego” tak blisko ziemskiego przyciągania nie jest, nie byłoby karygodną dezynwolturą? Taką sprzeczną z jakąkolwiek logiką, kto miałby na to pozwolić? Zjednoczone rządy największych mocarstw? W imię czego? I jakim prawem? Trochę mało wiarygodne, tym bardziej, że w filmie nie widać, aby działania takie obejmowała jakakolwiek refleksja. Przynajmniej co do zasady. A że potem…to już…potem… jest wszystko inaczej.

Po co?

Po co to wieczne marzenie człowieka o znalezieniu życia, innego, obcego, gdzieś w otchłaniach wszechświata? Przecież nie ma szans, aby takie obce stało się, było „nasze”. Będąc obce, będzie agresywne, ekspansywne, będzie chciało przetrwać, „wygrać” wojnę gatunkową za wszelką cenę. I jeśli będzie silniejsze, to prawem silniejszego wyprze, zniszczy, zabije lub w najlepszym razie „zasymiluje”, co pokazała zwykła historia ludzkości (historia rdzennych ludów Ameryk i tym podobne). Tu jednak nagle film broni się całkiem nieźle, bo w końcu to poszukiwanie dotyczyło Marsa, czyli planety, znajdującej się relatywnie blisko Ziemi. Jej atmosfera, budowa i inne jej cechy wskazują, że nie tylko mogła być kiedyś zamieszkana, lecz również, być może, mogłaby zostać w przyszłości skolonizowana. I to jest całkiem sensowne uzasadnienie dlaczego szukamy tego życia, lub znaków życia. Kolejnym powodem będzie jak zawsze: „ciekawość”, zwykła ludzka ciekawość (czyli pierwszy stopień do piekła jak zwykł nauczać Kościół). Ciekawość naukowca jest całkiem naturalnym mechanizmem, motywuje go do odkrywania, badania i odrzucania lęku przed nieznanym. No właśnie. Tu sypie się znowu fabuła, bo skoro ta ciekawość miała być naukową, skoro taką chłodną, pozbawioną emocji, lęku i wszystkiego co wpisane w tzw. „instynkt przetrwania”, to [SPOILER] >> skąd cała ta agresja potem. To znaczy, decyzja: zabić to, spalić, bo groźne. << [SPOILER] Że obce życie jest dla nas groźne, to już chyba całkiem logiczne. Może to właśnie jest clue. Może o to właśnie chodziło w odpowiedzi na to kluczowe pytanie:

Po co?

…to wszystko. Czego chcemy, czego spodziewamy się po kontakcie z obcą cywilizacją? Że zaspokoi naszą ciekawość? Że opracujemy nowe technologie, nowe lekarstwa, dojdziemy do rewolucyjnych odkryć naukowych? Że zmieni się nasza perspektywa widzenia, myślenia, rozumienia? Że zrozumiemy kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy, dokąd zmierzamy, jaki będzie kres ludzkości? Że będziemy w stanie przewidzieć katastrofy, zapobiec im? Czerpać naukę o błędach nie swoich, tylko obcych. Że sobie porozmawiamy z tym obcym, że się z nim zaprzyjaźnimy? Czy że go ujarzmimy, skolonizujemy, podporządkujemy, unicestwimy go zanim on unicestwi nas? Że się przygotujemy na takie spotkanie i poznamy jego słabe punkty, jego piętę achillesową, żeby, w razie czego, dać sobie z nim radę jakby co?

Może w tym zakresie ten film stawia właśnie te pytania, bo przecież [SPOILER] >> po co było drażnić to coś? I dlaczego od razu je anihilować, kiedy tylko pokazało swoją moc? Przecież ono mogło rozumieć to (i słusznie) jako zagrożenie własnego życia i w związku z tym zacząć po prostu walczyć o przetrwanie? << [SPOILER]

Mięso armatnie.

W filmach akcji trochę drażni mnie to, że często od początku mogę przewidzieć, kto tutaj zginie, a kto będzie walczył do końca. Widać to po obsadzie, ale nie tylko. Niektórzy członkowie załogi są płascy i bez historii. Nie ma niczego, co zatrzymałoby ich na chwilę dłużej w kadrze. I wtedy myślę sobie: „o ten zginie pierwszy” i bum, trafiony zatopiony. Taka przewidywalność scenariusza i castingu to trochę amatorszczyzna w filmach wysokobudżetowych, a szczególnie w tych, które mają jakieś ambicje. Spójrzmy na takiego Larsa von Triera, Uma Thurman w „Nimfomance” zagrała parę minut ale za to jak! Więc dlaczego tak lekceważyć widza? Jeśli nawet aktor nie jest wielką światową gwiazdą, dajmy mu choć szansę się wykazać, dajmy mu rolę, zróbmy scenariusz, a nie tak, to po prostu nie fair, wobec niego i wobec nas.

Jaki to film? Dobry czy zły?

I tu paradoksalnie, na przekór wcześniejszym uwagom krytycznym, muszę z naciskiem powiedzieć: bardzo dobry. Aż strach pomyśleć jak dobry byłby, gdyby nie te drobne potknięcia, głównie scenariuszowe, których można było przecież uniknąć. To najłatwiejsze co było można. Bo całą reszta jest tak dobra, że lepsza już raczej być nie mogła, a to właśnie efekty specjalne są ponoć najtrudniejsze i najdroższe. Scenariusz to po prostu geniusz twórcy. A tu twórca nie był genialny. Lecz całość mimo wszystko broni się z przytupem. Bo „Life” to naprawdę dobry, mocny film, a zakończenie po prostu wgniata w fotel. Może dlatego, że zrywa z kanonem, czyli ze światem jaki znamy…

Woodstock 2017 – muzyka podwyższonego ryzyka i terapia seksem

Sierpień 9, 2017 § Dodaj komentarz

Podwyższone ryzyko

Jakie jest to podwyższone ryzyko Woodstocku? Długo zadawałam sobie to pytanie. Już wiem. To ogromne masy młodych ludzi zgromadzone wokół charyzmatycznego lidera, jakim niewątpliwie jest Jurek Owsiak. Im bardziej się do niego zbliżysz, tym bardziej to czujesz. Działa jak magnez, przyciąga do siebie. Albo jak wielki piec kaflowy, im bliżej, tym na sercu cieplej. Serio. Wyobraź to sobie! Jeśli robi na tobie wrażenie za szkłem telewizora, to co dopiero kiedy jest obok, blisko, parę metrów od ciebie! Tego boi się obecnie rządząca ekipa. Bo przecież protesty w obronie sądów pokazały siłę takiej młodzieńczej grupy, dla której charyzmatyczny lider, nieważne czy Owsiak, czy Frasyniuk to jak iskra na loncie dynamitu.

Ale przecież Przystanek Woodstock nigdy nie miał politycznego charakteru, przecież tam ze sceny nigdy nie mówiło się o polityce. To nie była nigdy żadna „lewacka” impreza, choćbym chciała to nie mogłam wnieść na plac transparentu, bo to nie byłoby fair wobec WOŚP, po prostu nie w porządku.

Tymczasem charakter podwyższonego polityką ryzyka został tej imprezie nadany z zewnątrz, przez niechętnego ministra i wszyscy wiemy jaką hecą się to skończyło…

Barierki – Zemsta Błaszczaka

Brzydko było z tymi barierkami. Zawsze coś. A to butelka wody mogła wydać się podejrzana o udział %, a to kij od flagi nie taki jaki powinien być. W dodatku tylko dwie bramki po lewej stronie sceny pozwalały na rewizje osobiste, a na reszcie można było wchodzić tylko bez żadnej torby/torebki (a przecież nie zostawisz portfela w namiocie, więc jak?) I cofaj się tu. Większość ludzi zostawała za barierkami. Zemsta Błaszczaka. Potem przed sceną stało 200 osób, zespół grał, a kolejne 40 000 – 100 000 stało tak daleko, że żadnego kontaktu z muzykami już nie było. To już nie jest uczestnictwo w koncercie, to życie w plenerze przy akompaniamencie jakiejś dochodzącej muzyki. Bardzo przykre, bardzo smutne. Cieszę się, że Jurek rozebrał ten płot ostatniego dnia i bardzo mu za to dziękuję.

Policja „polska” i tylko polska póki my żyjemy

Zemsta Błaszczaka c.d. Nie wiem dlaczego na tegorocznym Woodstocku nie było niemieckich służb. Wszakże były zawsze. To wydarzenie odbywa się przecież „na granicy”, a wśród jego uczestników znaczna część to Niemcy. Nasi policjanci pomimo całej serdeczności, którą w sobie nieśli, często jednak nie mówią po niemiecku, a chyba łatwiej rozwiązywać szybko spory czy ewentualne problemy przy możliwym udziale komunikacji werbalnej. Tymczasem Polska domaga się reparacji wojennych. I może jeszcze za rozbiory i bitwę pod Grunwaldem…

Nikt jakoś nie chce zauważyć ile pieniędzy zostawia co roku w Kostrzynie niemiecki podatnik. I że to w sumie fajne dla Kostrzyna takie coś.

Ale tak w ogóle, policjanci na Woodstocku są naprawdę sympatyczni. Czasem po prostu neutralni, wykonują swoją pracę, ale czasem nawet towarzyscy, uśmiechnięci, życzliwi i…przystojni.

cof

PKP Polska Kolejowa Porażka

Niech mi kto odpowie czemu w tym roku „Music Regio” było droższe niż zwykłe „Regio”? I dlaczego wszystkie zwykłe regio w trakcie festiwalu zniknęły? Za to te z milionami przesiadek pozostały, 2 wagonowe piętrusy, załadowane bydlęce wagony, które przerzucały cię na autobusy, które zawoziły cię na szynobusy, żeby dowieźć cię do spóźnionych 40 minut pociągów (i mówię o trasie Kostrzyn-Poznań, tylko!), na końcu nie wypuszczały, bo w całym pociągu działały tylko drzwi z przodu pociągu… Hm…taki przypadek. Powiedzmy…

Inna sprawa: co za młodzież czasem można w takim pociągu spotkać, niby jadą z Woodstocku, z najpiękniejszego festiwalu świata, a zachowują się nieciekawie. Taki przypadek. Niech będzie. Ale że konduktor pozwalał im palić mimo protestów współpasażerów to już nie przypadek. Jednoznacznie.

Muza

„Co za muza!” krzyczał Jurek ze sceny. I fakt: co za muza! Czuje się to tam, pod sceną blisko, gdzie jest kontakt wzrokowy i te wszystkie cuda wianki, surferzy, przepychanki, przytulanki etcetera. Powiem nawet, ze to nie te wielkie zespoły robią furorę na Woodstocku, ale te, które są, będą dla ciebie zaskoczeniem. Których nigdy jeszcze nie słyszałeś. I naprawdę warto wejść blisko sceny, na 10, 20 metrów od niej, to jest frajda!

Nic co ludzkie…

Prysznic na goło w lodowatej wodzie, na polu wypełnionym morzem ludzi? Normalka. W tym roku widziałam chłopaka w stroju do kąpieli, jakiego moje oczy jeszcze nie widziały. Zakrywał tylko z przodu to co trzeba i luz. Toalety jakie tam są każdy widzi. Powtarzać się nie będę. Maski na twarzy dają radę, gorzej z brakiem światła, jeśli ktoś ma problemy z noktowidzeniem, niech zabiera czołówkę.

Nie lubię tego, że niektórzy faceci sikają gdzie popadnie. Szczególnie w pobliżu namiotów. Wiadomo, czasem każdemu może się zdarzyć, ale zasada nakazująca niektórym panom załatwiać tylko „grube” potrzeby w miejscu do tego przeznaczonym, a inne gdzie popadnie, jest po prostu niezgodna z moim pojęciem estetyki i wyobrażeniem o kulturze. Chodzi w sumie głównie o zapach, ale nie tylko. Na koncercie Wilków, 2 metry ode mnie chłopak „oszczał” płot, potem przyszła w to miejsce para młodych ludzi i chciała tam usiąść na karimacie, bo ładne miejsce i do tego wolne… Ludzie…

Przytulanki, potańcówki, pokaż cycki, free hugs, free kisses, „czy pocałowałaś już dziś Meksykanina?” (czemu nie pocałować, nawet codziennie, nawet jeśli ma namiot vis-à-vis?) Pozdrawiam stąd Reinaldo przy okazji…;-)

Siema, przybij piątkę i tak dalej i tak dalej. Eksplozja życzliwości, ciepła, radości życia. I nagle, ups…okradli mnie. Okradli mnie na Woodstocku. Ukradli mi całą gotówkę, na jedzenie, na życie tam. Przykro mi było. Ale wiem, że w pięćset tysięcznym tłumie znajdzie się i złodziej i chuligan. Trudno. Chociaż przykro, nie powiem. Odtąd będę się jeszcze bardziej pilnować i upilnuję.

A Jurek…, że powiedział co powiedział i jeszcze trochę…Że nie wolno ludzi dzielić, na lepszy albo gorszy sort, że to jest po prostu nie w porządku. No i o seksie powiedział. Ale ten, kto choć raz był na Woodstocku zrozumie, że to tam miało zupełnie inną moc, inny charakter, inny wymiar, niż gdyby powiedział to gdziekolwiek i kiedykolwiek indziej. Myślę, po tym, jak w końcu przeprosił, że to było ważne że przeprosił, bo na pewno wszyscy dojrzewamy, do końca życia, na błędach się uczymy i choć całkowicie go rozumiem, to wiem, że on jest po prostu dobrym człowiekiem. Że nie chciał zranić NAWET JEJ. Chociaż czasem w pysk by się chętnie dało… Ale to tylko tak, on nawet nie o tym mówił. Seks to jest naprawdę piękna rzecz. Dlaczego nie uprawiać seksu? Dlaczego miałby być gorszy niż melisa albo psychotropy? Jest przecież o niebo lepszy. Jak samo niebo.

—————————————-

Taki zgrzyt, takie różne małe „ale”. Wyczytałam na woodstockowym wydarzeniu na Facebooku komentarz, że tegorocznemu festiwalowi czegoś zabrakło, że mniej było aktów życzliwości, uścisków i przybijania piąteczek. Chociaż trudno mi się z tą opinią nie zgodzić, bo wiele zabrakło, to jednak Woodstock pozostaje nadal „najpiękniejszym festiwalem świata”, amen.

Obrazy w sercu sycylijskich poetów

Lipiec 16, 2017 § Dodaj komentarz

Fryderyk

Mówiąc „Szkoła Sycylijskich Poetów” mam na myśli środowisko dworu Fryderyka II Hohenstaufa (znanego przez Włochów jako Federico II di Svevia), króla Sycylii (od 1198), nominowanego w 1220 roku Cesarzem Rzymskim Narodu Niemieckiego i królem Jerozolimy, którego zamki znajdują się we wszystkich większych miastach południowych Włoch. Tego samego, na którego dworze wynaleziono „arancine”, o których pisałam na moim blogu „travelangue”:
(https://travelangue.wordpress.com/2016/03/20/arancine/).
Będąc sam jednym z najlepiej wykształconych ludzi ówczesnego świata Zachodu, Fryderyk był orędownikiem nauki i kultury. Na jego dworze, nazwanym przez historię jako „sycylijska szkoła” rozwijały się nauki tzw. naturalne, medycyna (z wykorzystaniem dorobku Maurów), biologia, astrologia, astronomia a nawet językoznawstwo. Otóż Fryderyk II zlecił wykonanie tak zwanego eksperymentu deprywacyjnego, ponieważ interesował go tzw. prajęzyk, język praludzi, czyli Adama i Ewy sprzed pomieszania Wieży Babel. Fachowo opisał to Umberto Eco w książce „W poszukiwaniu języka uniwersalnego”.

Eksperyment nie przyniósł odpowiedzi na powyższe pytanie, ale na inne, którego w ogóle nie postawiono. Kilkoro dzieci wychowywano od urodzenia w całkowitej izolacji od jakiegokolwiek języka, aby dowiedzieć się, jakim w końcu przemówią. Dzieci nie przeżyły eksperymentu. Człowiek nie może przetrwać bez języka i porozumiewania się. Fryderyk postanowił oddzielić naukę od władzy kościoła. Szkoła na jego dworze była całkowicie świecka i nie podlegająca władzy duchownych. W ówczesnym świecie była to po prostu rewolucja.

Szkoła poetów

Na dworze Fryderyka powstała w ten sposób również tak później zwana „szkoła poetów sycylijskich”. Jej najbardziej znanymi przedstawicielami byli Giacomo da Lentini, Pier delle Vigne, Stefano Protonotario i Cielo d’Alcamo. Tworzyli używając języka rodzimego „siciliano volgare” czyli tzw. języka wernacolarnego (rdzennego). Mając za sobą spuściznę poezji prowansalskiej, lecz wyrastając ze środowiska mocno skoncentrowanego na nauce, sycylijscy poeci skupili się na opisywaniu miłości jako szeregu procesów i zmian zachodzących w organizmie człowieka bardziej niż na jej, miłości, abstrakcyjnym charakterze. Język sycylijski wywodzący się bezpośrednio z łaciny został uwznioślony, oczyszczony z elementów zbyt ludycznych, popularnych, wulgarnych. Giacomo da Lentini, twórca sonetu, inspirował później Dantego i nie tylko. To dlatego język sycylijski obok łaciny, języka włoskiego literackiego i dialektu florenckiego, powinien być uważany za oryginalną macierz dzisiejszego „italiano”. Choć proces w wyniku którego narodził się język włoski,  za sprawą Manzoniego i jego „Narzeczonych” („Promessi sposi”) z 1827 roku był całkowitą odwrotnością tego, co w XIII wieku stało się z językiem ludowym Sycylii. Na początku XIX wieku Manzoni wykorzystał literacki język włoski (którym posługiwali się tylko pisarze i naukowcy) i dodając do niego elementy dialektu florenckiego (którym mówili zwykli ludzie w Toskanii) napisał książkę, w której wreszcie brak sztuczności w dialogach bohaterów pochodzących z plebsu. Ale to już temat na inną historię.

Język poetów sycylijskich, wyrafinowany i obdarzony należnym mu prestiżem rozpowszechnił się po całym Półwyspie Apenińskim. Jego wytworem były dzieła literackie napisane jeszcze przed narodzinami Dantego. To sycylijski. Język poetów. Dlatego właśnie, że jest praojcem „włoskiego”, dzisiaj rozumiem niemal wszystko co nim napisane.

Obrazy*

Giacomo da Lentini w swoim wierszu „Amor è uno desio che ven da core” rozważa dlaczego w sercu i umyśle zakochanego tworzy się „obraz” osoby kochanej. Zastanawiając się czym jest miłość opisuje melancholijną tkliwość, uczucie „zafiksowania” myśli na obiekcie miłości porównywalne do szaleństwa. Miłość jest produkcją i pochodną „widzenia”, ponieważ rodzi się z przyjemności obserwowania osoby kochanej. Oczy dostarczają „pożywienia” sercu, w którym tworzy się ikona. Ten obraz ikoniczny łączy w sobie pozytywne i negatywne cechy natury obiektu miłości, zatem serce w tym wewnętrznym wyobrażeniu zawiera i syntetyzuje ontologiczny obraz człowieka, którego kocha. Pod nieobecność jego fizycznej formy jest dalej w stanie reprodukować ten obraz, w którym się lubuje i którego pragnie. Pragnienie to jest więc bezustannym wyobrażaniem sobie ukochanej. To serce jest siedliskiem pamięci, po łacinie „recordar” (pamiętać) i „cor” (serce) to słowa o tym samym źródłosłowie. Giacomo zapytuje jak to możliwe, że mimo, że postać kobiety jest wielka, a oczy mężczyzny są w proporcjach do niej małe, ta w jakiś sposób „dostaje” się do jego serca. Dzieje się tak właśnie za sprawą „obrazu”, który to serce tworzy. Natura kobieca, zdaniem da Lentiniego jest w rzeczywistości triadą; ponieważ objawia się ona w 3 postaciach: jest kobietą z krwi i kości, jest jej namalowanym na płótnie obrazem i w końcu jest też obrazem zapisanym w sercu poety – kochanka, który tym sposobem staje się również malarzem. Powodem dla którego w sercu pozostaje i utrzymuje się obraz ukochanej osoby jest sakralizacja tego wyobrażenia. Fizyczne rozdzielenie z ukochaną jest możliwe do zniesienia jedynie w procesie zastąpienia jej duchowym fantomem.

Or come pote sì gran donna entrare
per gli ochi mei che sì piccioli son
?
e nel mio core come pote stare,
che ’n entr’esso la porto laonque i’ vone ?
Lo loco là onde entra già non pare,
ond’io gran meraviglia me ne dòne;
ma voglio lei a lumera asomigliare,
e gli ochi mei al vetro ove si pone.
Lo foco inchiuso poi passa difore
lo suo lostrore, sanza far rotura,
così per gli ochi mi pass’a lo core,
no la persona, ma la sua figura :
rinovellare mi voglio d’amore,
poi porto insegna di tal criatura.


*na podstawie artykułu Paolo Borsa „L’immagine nel cuore e l’immagine nella mente : dal Notaro alla Vita nuova attraverso i due Guidi”

Animator 2017

Lipiec 12, 2017 § Dodaj komentarz

O filmie animowanym

Międzynarodowy Festiwal filmów animowanych odbywa się w Poznaniu od 10 lat. Przez ponad tydzień opanowuje kina studyjne, parki i ulice. Co kawałek znaleźć można urządzenia i instalacje ilustrujące różne techniki animacyjne, w parku rozstawia się plenerowy „klub festiwalowy” z darmowymi pokazami.

Myli się ten, który kojarzy techniki animacyjne wyłącznie z filmami dla dzieci. Animacja to także dziedzina sztuki, produkcja artystyczna, wcale nie podszyta „infantylizmem”. To taka sama dziedzina sztuki wizualnej jak „malarstwo” czy „rzeźba”, o czym świadczy najlepiej fakt, że jest kierunkiem studiów Akademii Sztuk Pięknych. Że może być również komercyjna? Jak wszystko, jak kino, jak literatura, muzyka i tak dalej. Że filmy dla dzieci są często animowane? Bo takie środki wyrazu pozwalają rozwijać dziecięcej wyobraźni więcej niż przedstawienie świata jakim jest (lub jakim wydaje się dorosłym).

Na Animatorze są pokazy dla dzieci, ale te odbywają się w godzinach specjalnie oznaczonych. Cała reszta stanowczo nie jest dla dzieci, przynajmniej dla tych małych. Możemy trafić na przemoc, krew, seks i bóg wie co jeszcze. A przed wszystkim znaczna część filmów zawiera przesłanie, które czasem trudno odczytać, a tym bardziej jeśli nie jest się uzbrojonym w dostateczną wiedzę, dojrzałość i doświadczenie. Dlatego przede wszystkim od publiczności wymagana jest pewna doza doświadczenia i dojrzałości.

O technikach animacyjnych

Technik animacyjnych jest całkiem sporo. Te istniały zanim jeszcze wynaleziono komputery. I miały się wtedy całkiem nieźle.

Na przykład technika rysunkowa (mająca także wiele odmian), w której poszczególne klatki filmu są rysowane odręcznie na kartkach, kalkach lub celuloidach, za pomocą ołówka, kredek, farb akwarelowych lub innych. Animacje takie nazywamy „klasycznymi”, tak powstało wiele filmów, na których się wychowałam, jak na przykład „Bolek i Lolek”.

Animacja lalkowa, w której fotografowane są stadia ruchu lalek poruszających się w świecie zbudowanym z przedmiotów będących replikami istniejących rzeczy, budynków, drzew itp. w mniejszej skali.

Animacja plastelinowa (jeśli ktoś jeszcze pamięta grę przygodową „The Neverhood” to to właśnie to!), taka w której bohaterowie i cały świat są wykonani z gliny, plasteliny czy innego materiału plastycznego, a następnie animowani klatka po klatce.

Animacja z materiałów sypkich, czyli soli, piasku itp. którymi pokrywa się śliską powierzchnię np. ze szkła i wykonuje rysunek w tymże materiale, palcem, rylcem czy czym bądź, oczywiście wszystkie stadia klatka po klatce muszą być sfotografowane (są też wariacje na temat tej techniki, np. zamiast materiałów sypkich możemy zastosować ciecze o różnych kolorach)

Animacja malowana na szkle. Trochę jak grafika na szkle, tyle że zamiast wykonywać odbitkę fotografujemy każdą klatkę i przemalowujemy, przemalowujemy, przemalowujemy…

Animacja wycinankowa, czyli taka w której animowane są wycięte kawałki papieru w kolejnych klatkach animujące ruch, czasem można zastosować wiele warstw, nieruchome tło itp.
Zdobycze technologiczne przyniosły kilka nowych technik, z których zdążyło już skorzystać całkiem sporo talentów, jak chociażby Tomasz Bagiński (pamiętamy jego słynną „Katedrę” od której zaczęła się jego kariera międzynarodowa). Mowa tu o animacji 3D (komputerowej oczywiście), a także tzw. „animacje flash” czyli takie, do których produkcji użyto znanego na całym świecie oprogramowania wektorowego stworzonego przez nieistniejącą już firmą Macromedia.

 

O głębi

Tegoroczny Animator w Poznaniu zaprezentował niezwykle wysoki poziom. Wiem co mówię, bo na Animatora chodzę od lat, prawie od jego początków. W tym roku nie zanotowałam ani jednej animacji w konkursie, której przepustka do niego wzbudzałaby jakiekolwiek wątpliwości merytoryczne (a różnie z tym bywało…).

Niektóre filmy jak „Kukułka” są po prostu majstersztykami. To taki film, alegoria macierzyństwa, jak to w filmach bywa, podłóżmy głębsze znaczenie, niech bohaterami będą alegorie „ludzi”, nie ptaki i voila! Kukułka? Taka matka co podrzuca obcym swoje dzieci. Czy może budzić sympatię? Jako ptak nawet nie budzi (a mówi to osoba która widziała wielkie pisklę, po prostu wielką jak gołąb wyrośniętą kukułę wydającą oszukańcze infantylne piski, karmioną przez biedną maleńką pliszkę), a co dopiero człowiek: MATKA! Ale oto chcemy refleksji nad relacją matki i dziecka? Proszę: Rosjanie przychodzą z pomocą. I już świat staje się mniej czarno – biały. „Kukułka” jest do tego niesamowicie estetyczna i ma ekstra muzykę. Polecam!

Inna perełka minionych Animatorów to „Drżące Trąby” Natalii Bróżyńskiej. Ta ostatnia (nie tylko za sprawą swojego głosu!) stała się jedną z moich ulubionych animatorek. Muszę przyznać, że niemal wszystko czego dotknie jest po prostu dobre.

„The Wrong End of the Stick” z tegorocznego Animatora, film nie tyle o „perwersjach” seksualnych tylko o tym, że w sprawach seksu człowiek bywa czasem „dziwny”, a może zawsze jest jakoś dziwny dla tej drugiej osoby? Bo w sumie, jako tabu, tematy związane z życiem seksualnym omijają nawet partnerzy (nie rozmawiając nigdy o swoich fantazjach seksualnych o ile te odbiegają od stereotypowych). A może to film o tym czym po prostu jest miłość? Nie wiem. Ale czasem warto postawić pytanie i nawet nie szukać odpowiedzi, a to właśnie czynią takie filmy.

Piotra Bosackiego z jego filozofująco naukowymi animacjami i głośnym przełykaniem śliny rozpoznam już wszędzie i powiem: trzyma poziom i sala kinowa zawsze wybucha śmiechem, i to nie raz.

Niemiecką animację zawsze uważałam za trochę „ciężką”. I od pewnego czasu muszę to postrzeganie zrewidować. Niemieckie filmy często są mocno „intelektualne”, może dlatego mało śmiechu a dużo pytań bez odpowiedzi. Jak tegoroczny „Kaputt” o NRDowskich więzieniach, w których niewolniczą pracę wykonywały więźniarki polityczne, a tzw. Zachód nigdy nie zapytał o ich prawa, kupując za bezcen wytwory ich znoju…

Animacja to sztuka. Kropka. Mam nadzieję, że udało mi się nawinąć ten makaron na uszy!

„Koniec jest moim początkiem” Tiziano Terzaniego, czyli reportaż inny niż wszystkie

Lipiec 9, 2017 § Dodaj komentarz

Tiziano Terzani. Florentczyk, włoski reporter, podróżnik, korespondent der Spiegla w Azji. Specjalizował się w reportażach z Dalekiego Wschodu, z terenów ogarniętych rewolucjami, zafascynowany komunizmem śledził wielkie przewroty w Chinach, Kambodży, Wietnamie.

Książka o końcu jest ostatnim dziełem Terzaniego, który po zdiagnozowaniu u niego raka i nieudanej walce z chorobą, postanowił porozmawiać o swoim życiu i o swoim odchodzeniu z synem Folco. Ich rozmowa, nagrana i spisana została wydana już po śmierci Tizianiego jako jego ostatnie dzieło, jego testament.

Taka jest w skrócie historia „Końca” Terzaniego. Postaci, którą będąc Polką, mogę porównać tylko do jednej: do Ryszarda Kapuścińskiego. I to porównanie wręcz przemocą narzuca się w każdym kontakcie z pisarstwem Terzaniego. To nieuniknione.

 

Romans włosko-komunistyczny

Nigdy nie rozumiałam włoskiej fascynacji komunizmem. Czerwone Brygady, zamachy, te wszystkie gadki o marksizmie i tak dalej. Sądziłam, że komunistyczne sympatie podsycał w krajach zachodu Stalin i że po prostu we Włoszech trafiło to, nie wiedzieć czemu, na podatny grunt. Trochę tak w sumie było. Ale to jednak bardziej skomplikowane.

Komunizm, od 1922 roku, kiedy to do władzy doszedł Mussolini, był jedyną alternatywą „antyfaszystowską”. Włoskie elity intelektualne nie miały zbyt wielkiego wyboru. Włoscy partyzanci byli komunistami. I w sumie, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, komunizm jako idea niesie ze sobą piękne wartości: solidarność społeczna, braterstwo, równość, tolerancja. Wypaczenie idei komunistycznych zawdzięczamy polityce reżimowych ustrojów, totalitarnej władzy, której najbardziej wynaturzony obraz reprezentowało ZSRR Józefa Stalina, czy państwo Czerwonych Kmerów. O tym też w końcu napisał, powiedział w „Końcu” Tiziano Terzani.

Jest jeszcze drugi ważny aspekt, z powodu którego włoskie elity wybierały komunizm. Otóż Włochy po zjednoczeniu, jak każde państwo nowoczesne ustaliły szybko „rozdział państwa i kościoła”, świecka władza przejęła znaczną część majątku kościoła, ograniczyła zasięg Watykanu i ograniczyła wpływy duchownych. Tymczasem Mussolini w nieco więcej ponad 60 lat od powstania Włoch, postanowił zmienić tę politykę i szybciutko poszedł z kościołem do ołtarza. Widać to bardzo wyraźnie i symbolicznie w Rzymie. Ulica via della Conciliazione, pompatyczna faszystowska aleja z rytmicznymi latarniami prowadząca wprost na bazylikę św. Piotra i zakończona ramionami placu przed bazyliką została „wybita” właśnie wtedy, kosztem licznych wyburzeń renesansowych „palazzi”. Że swoją drogą był to świetny zabieg urbanistyczny, to już inna historia.

Komunizm oferował ponownie powrót do świeckiego państwa i ograniczenie roli kościoła. Trudno to sobie wyobrazić, ale we włoskim prawie nie istniało pojęcie „rozwodu” aż do 1970 roku. Tak silne wpływy miał tam kościół, że prawo państwowe było dostosowane do kościelnego. Tymczasem prawa kobiet, rozwody, dostęp do antykoncepcji, małżeństwa jednopłciowe itd. to wszędzie na świecie postulaty komunistów jakby nie było. Stosunkowo dobra sytuacja kobiet (dostęp do wykształcenia, pracy i niezależność) w Polsce to po prawdzie spuścizna PRL…, czy to akceptujemy czy też nie.

Terzani fascynował się komunizmem, jego ideami, jego rozwojem w krajach azjatyckich, w których jeszcze w XX wieku panowały ustroje monarchiczne z niewyobrażalnymi różnicami w poziomie życia. Słusznie zauważał, że to Chińska Rewolucja przyniosła KAŻDEMU Chińczykowi jeden granatowy mundurek, jedną parę butów i jedną miskę ryżu dziennie. Każdemu. Wcześniej ta większość chodziła boso, półnago i bez strawy. Całe szczęście, że w tym wszystkim się też rozczarował. Tak zwaną „rewolucją kulturalną”, bo przecież trudno akceptować wandalizm, a tym właśnie owa rewolucja była, o krok dalej poszli jeszcze Czerwoni Kmerzy.

Historia umierania

„Koniec jest moim początkiem” to jednak przede wszystkim historia o umieraniu. A właściwie nie tyle „umieraniu” co „odchodzeniu”. I chociaż rozważań o śmierci nie ma w tej książce zbyt wiele, i chociaż nie one nadają jej tytułowy charakter, to jednak Terzani umiera i dobrze o tym wiemy.

Śmierć Terzaniego odczuwamy jednak nie w konsekwencji smutnych rozważań, a raczej w przedziwny sposób jako odejście kogoś bliskiego. Tiziano staje się z upływem czasu, który poświęcamy tej lekturze, kimś bliskim, kogo jakby znamy. Kiedy jego głos milknie (i już nieodwracalnie kończy się książka), wiemy bez słów, że oto odszedł. Jakby przed chwilą. I to boli. To właśnie jest przedziwna moc tej książki. Że buduje więź i poczucie straty. Dlatego to książka o odchodzeniu. I tak właśnie jest tam obecna tajemnica śmierci.

Inny Kapuściński

Przyznam, że nie czytałam dotąd żadnej książki Terzaniego i ta paradoksalnie jest moją pierwszą, moim początkiem. Po co mi taki Terzani? Przecież mam Kapuścińskiego? Tak, mam, ale Terzani chociaż duchowo podobny, poprzez ciut inną perspektywę (nie był dzieckiem siermiężnego PRLu) może poszerzyć mój sposób postrzegania historii świata. I może dzięki temu, że rozumiem jego włoską perspektywę, to nie będzie wcale takie obce…

„Koniec jest moim początkiem” – polecam.

Miłość po włosku

Czerwiec 27, 2017 § Dodaj komentarz

Wejdźmy na chwilę na stronę IMDB z rankingiem włoskich filmów o miłości. Zobaczymy tam listę 22 filmów, jakie pojawiły się w kinach w ciągu ostatnich 10 lat. Średnia ocena ? 5/10. Mało. Przypadek? (no dobra, nie wszystkie są takie złe…tyle że „dobre” też nie bardzo) Jeszcze rzut okiem na tytuły: „Ho voglia di te [Pragnę cię]”, „Tre metri sopra il cielo [Trzy metry nad niebem]”, „Manuale d’amore [Podręcznik miłości]”. Kiczowate trochę, prawda?

Żeby nie posądzono mnie o uprzedzenie, muszę dodać, że włoskich, dobrych filmów o miłości jest też sporo, choć nie na liście „filmów o miłości”. Bo tam tematyka miłości nie jest wcale taka oczywista, jak sama „miłość po włosku” oczywistą nie jest.

„Caos calmo [Cichy chaos]” z genialnym Nannim Morettim, „Malena” sycylijskiego reżysera Giuseppe Tornatore, „Non ti muovere [Nie ruszaj się]” z piękną Penelope Cruz.

Ten wpis nie będzie jednak o włoskim kinie, ani o filmach o miłości. Nie będzie także o tym jak to jest kochać Włocha albo kochać się z Włochem.

To będzie opowieść o języku i o tym, że w języku zaklęte są znaki kulturowe i że tylko rozumiejąc język, to co ma na myśli ktoś, kto wypowiada określone słowa o określonym znaczeniu, wpisanym w jego wielowiekową kulturę i w historię jego języka, możemy naprawdę zrozumieć to co do nas mówi i jak bardzo to różne od tego co uważamy za własny system znaczeniowy.

Przytoczyłam tytuły filmów nie przypadkiem. Wymieniłam je, aby pokazać, że po włosku mówienie o miłości językiem „miłosnym” często może brzmieć dość tandetnie i w sumie nie posiadać żadnej głębi. A z kolei ten język, który „miłosnym” nie jest, może nim być i że to nie jest takie proste.

Włosi, jeśli w ogóle mogę nazwać ich Włochami (czy są nimi, nie wiem, bo oczywiście nie mam na myśli po prostu „obywateli włoskiego państwa” w sensie politycznym), no ale powiedzmy „Italianie” czyli mieszkańcy „buta”, przez wieki swojej historii dopracowali się bardzo rozwiniętej kultury miłosnej. Teatr zalotów, gody, kwiecista mowa, wszystko to może być niemałym szokiem dla pochodzących z pozbawionych takich kolorowych tradycji siermiężnych społeczeństw północy.

Kultura ta o dworskich i rycerskich korzeniach, rozwijała się przez ponad tysiąc lat i nie zapomnijmy jeszcze o tradycjach antycznych, rzymskich, greckich i tak dalej.


Amore – miłość

może oznaczać romantyczną miłość lub miłość do partnera seksualnego (w tym pociąg fizyczny),
może to być miłość do rodziców, rodzeństwa, przyjaciół, może być platoniczna, matczyna, ojcowska

„amore” to też osoba którą kochamy : jesteś moją miłością, o miłości moja

amore : wielka pasja, góry to moja miłość

amore : seks po prostu: facciamo amore – kochamy się (uprawiamy seks), tak jakby powiedzieć że : robimy miłość

amore : miłość bliźniego, taka którą ma w sobie ten, który czyni dobro na świecie

amori : UWAGA liczba mnoga czyli co? Czyli przygody po prostu, np. wiele naraz

to było łatwe, teraz będzie trudniejsze:

W języku włoskim w przeciwieństwie do polskiego (i wielu innych) nie istnieje jedno jedyne pojęcie miłości. Sposób mówienia o miłości zmienia się w zależności od kontekstu. O zastosowaniu różnych słów i zwrotów decydują często subtelne różnice, niemal niemożliwe do przetłumaczenia za pomocą znaków wyłącznie językowych.

KOCHAM CIĘ

Ti voglio bene : kocham cię (pl) dosłownie „chcę twojego dobra / chcę dobrze dla ciebie” ale nie tak to się tłumaczy na polski, po polsku to po prostu „kocham cię”
może tak powiedzieć zakochany romantycznie na randce, przez telefon lub w smsie, może tak powiedzieć w łóżku kochanek, może tak powiedzieć mąż do żony i może tak powiedzieć matka do dziecka (lub odwrotnie), mogą sobie tak powiedzieć przyjaciele, może tak powiedzieć każdy kto kocha

Nie do końca prawdą jest, że „ti voglio bene” to słabsze „kocham cię” niż „ti amo”, nie z językowego punktu widzenia, ale może tak z polskiej perspektywy: to po prostu kocham cię powiedziane w innych okolicznościach i z innymi myślami w głowie. W tłumaczeniu ostatecznie wypada słabiej, ale powody są inne, nie-językowe i o tym później

Ti adoro : kocham cię (pl) dosłownie „uwielbiam cię”, „podziwiam cię” : oznacza wyrażenie zachwytu drugą osobą, jej urodą, blaskiem jej oczu, ale również nią w całości, jej pięknem wewnętrznym, jej inteligencją itd. Tak, otóż takiego zwrotu raczej nie powiemy mamie lub bratu czy siostrze.

Ti amo : kocham cię (pl) dosłownie : „kocham cię” : oznacza wyrażenie takiego uczucia możliwe niemal wyłącznie między dwojgiem ludzi, wyraża ekspresję pasji, lecz również możliwe poświęcenie „agape”, niezależnie od charakteru i sytuacji, wyrażeniem tym zwracać się można wyłączne do osoby z którą wiążą nas wielkie emocje

nie musi oznaczać wyłącznie związku o charakterze seksualnym, tak można zwrócić się do własnej mamy chcąc wyrazić jej wyjątkowość w naszym życiu, lub powiedzieć jej o jej ogromnym znaczeniu

to silne uczucie może być związane z ofiarą, którą chcemy ponieść dla kogoś

może w końcu oznaczać też wielką miłość naszego życia do naszego życiowego partnera,

po „ti amo” naturalną kontynuacją mogłoby być „jesteś dla mnie wszystkim”, „zrobię dla ciebie wszystko”


i tu powracamy do pytania, które wielu osobom, które miały w swoim życiu kontakt z „kocham cię” po włosku i zadają sobie milion pytań (czy to było prawdziwe? Czy to było „gorsze” kocham cię? Itd.)…hm…

„ti voglio bene” może powiedzieć ten sam facet/kobieta, tyle że w innych okolicznościach po prostu… i to nie znaczy, że to jest gorsze

Jedyna rzecz, która każe nam, Polakom, tak myśleć, to fakt, że podobnie jak „kocham cię” Włosi mówią „ti amo” niesłychanie rzadko i dlatego my, Polacy, uważamy, że tylko takie kocham ma wartość.

Jednak przypominając jeszcze raz o różnicach kulturalnych, uzupełnię moją wypowiedź refleksją:

to, że Włosi mówią o miłości CZĘŚCIEJ i to że nie boją się o niej mówić (a żeby nie rozdrabniać jej na drobne wynaleźli gamę słów na jej wyrażanie) wcale nie umniejsza jej samej, nie odbiera jej mocy ani bogactwa.