„Kwiat wiśni i czerwona fasola” – film Naomi Kawase o uniwersalnych wartościach (spoilery)

Sierpień 30, 2017 § Dodaj komentarz

Nie wiem, czy widziałam w życiu wiele japońskich filmów, tym niemniej kino azjatyckie nie jest mi obce (z chociażby słynnym „Oldboyem”). Przykładowo, nie wiem czemu, mimo że w przypadku filmów animowanych zawsze mam odczucie „zderzenia ze ścianą”, to filmy fabularne nigdy nie sprawiały mi aż tyle problemów, i przeważnie niosły ze sobą głębokie refleksje i ciężką, brudną estetykę. Nie inaczej jest w przypadku „Kwiatu wiśni”. I zupełnie zaskakujące może być, jak bardzo „uniwersalna” historia została tam opowiedziana. Aby jednak przeprowadzić moją autorską interpretację tego filmu, muszę zaserwować parę „spoilerów”, więc do czytania zachęcam szczególnie już po obejrzeniu filmu, lub ewentualnie jeśli nie zależy Ci na efektach zaskoczenia (postaram się nie zdradzać większej ilości faktów ani rozwinięć fabuły, ale nie uda mi się pisać zupełnie ją pomijając).

Estetyka

Jeśli wyobrażamy sobie Japonię przez pryzmat japońskiego designu, lub oszczędnej, lapidarnej sztuki, albo nocnych ujęć Tokio ze słynnej „Bezsenności…” nasyconych światłami neonów i reklam LED, którymi obwieszone są drapacze chmur w centrum niezwykle przeludnionego miasta, to możemy być naprawdę zaskoczeni. Ale jeśli choćby oglądaliśmy zdjęcia z któregoś z mniejszych miast (choćby historycznego Kioto), współczesne zdjęcia, niekoniecznie ze szlaku turystycznego prowadzącego przez dziedzińce zabytkowych świątyń, tylko zwykłych domów i ulic miasta, to krajobrazy, które zobaczymy w tym filmie w żadnym wypadku nas nie zaskoczą. Niska, niezbyt wymyślna zabudowa, wiszące na kijach druty, kable, czy co tam, stare rowery powiązane łańcuchami do walących się płotów. I oto, pośród całej tej szaro burości tak naturalnie, pojawia się kwitnące drzewo wiśniowe, jak to w „Kraju Kwitnącej Wiśni” tylko można sobie wyobrazić. Ta przedziwna estetyka zostaje wzbogacona szelestami, szumami, gwizdami, dźwiękami natury widzianej i słyszanej detalicznie w medytacji osoby wsłuchującej się w opowieść wiatru i historię fasoli. Taki jest ten film, trochę dziwny, ale z pewnością po prostu bardzo zmysłowy.

zdjęcie z Kioto

Choroba Hansena – czyli zaczynamy SPOILERY

Nazwana tak od nazwiska Armauera Hansena, który dopiero w 1863 roku wykrył jedną z dwóch bakterii ją wywołujących. Jak większość chorób niegdyś niezwykle groźna, śmiertelna, dzisiaj skutecznie leczona. Słabo zakaźna i to w dodatku tylko przez kontakt z osobą przewlekle nieleczoną.

Mówimy o trądzie…, o chorobie, która kojarzy się z ciemnym średniowieczem, czymś co w naszej wyobraźni jest silnie zaraźliwe jak dżuma.

Dlatego ten film tak bardzo pełen jest symboliki, ponieważ określenie „trędowaty” na stałe weszło do słownika jako określenie czegoś/kogoś, z czym kontaktu panicznie, za wszelką cenę pragniemy uniknąć. Co straszy, śmierdzi, odrzuca, przeraża.

Proponuję choć jedno skojarzenie: trędowaty – „ciapaty”… (i nawet w obu jest coś „skórnego”). Bo dla mnie „Kwiat wiśni” to opowieść o tym jak to jest żyć w społeczeństwie i być trędowatym. Oraz jak to jest sensowne lub względne, czy chcemy się bać trędowatego. Czy to jest tylko nasz wybór? Chodzi mi o to, że SĄ podstawy, żeby się bać. Ale nie są one tak wielkie, żeby MUSIEĆ się bać.

Ta historia to nie historia Tokue, starej kobiety o zdeformowanych dłoniach, która słucha co mówi do niej fasola (a tak naprawdę to słucha co mówi do niej bohater filmu Sentarô), to historia Sentarô i tego jak miłość przełamuje lęk, strach o własne życie, który staje się po prostu niczym. W tym filmie chodzi o kanarka uwięzionego w klatce (to też jego historia), ten ptak i jego los to historia o zniewoleniu lub wolności.

Film Naomi Kawase to opowieść o tym, że wolność jest kwestią wyboru, i że wolność to po prostu odrzucenie lęku.

Właśnie w tym postrzegam jego wielkość, że niezależnie od kulturowego kręgu odbiorcy i okoliczności historycznych, niesie przesłanie tak uniwersalne i każdy może w nim znaleźć coś dla siebie.

Reklamy

„Life” – film Daniela Espinosy – o włos od megahitu

Sierpień 18, 2017 § Dodaj komentarz

Nazywany skrzyżowaniem „Grawitacji” z „Obcym”, „Life”, film o pierwszym kontakcie z obcą formą życia na orbicie ziemskiej, w istocie takie sprawia wrażenie, ale czy to źle? Wszak oba wymienione filmy były w moim przekonaniu jednymi z najznamienitszych w swoim gatunku, a „Life” czerpiąc inspiracje, lecz również doświadczenia z obu tych filmów, idealnie wypełnia zaistniałą lukę pomiędzy nimi: jest znakomitym SF, z całkiem zacnie pokazanymi prawami fizyki i realiami kosmosu, a przy tym całkiem to „prawdopodobna”, już nie do końca „fantastyczna” wizja rzeczywistości. Tylko…

Po co?

Po co sprowadzać obce formy życia (choćby i jedną żyjącą komórkę) w bezpośrednie „otoczenie” Ziemi, jakim niewątpliwie jest: orbita? Czyż to nie jest nieodpowiedzialne? Czy zawieszenie laboratorium badającego „obcego” tak blisko ziemskiego przyciągania nie jest, nie byłoby karygodną dezynwolturą? Taką sprzeczną z jakąkolwiek logiką, kto miałby na to pozwolić? Zjednoczone rządy największych mocarstw? W imię czego? I jakim prawem? Trochę mało wiarygodne, tym bardziej, że w filmie nie widać, aby działania takie obejmowała jakakolwiek refleksja. Przynajmniej co do zasady. A że potem…to już…potem… jest wszystko inaczej.

Po co?

Po co to wieczne marzenie człowieka o znalezieniu życia, innego, obcego, gdzieś w otchłaniach wszechświata? Przecież nie ma szans, aby takie obce stało się, było „nasze”. Będąc obce, będzie agresywne, ekspansywne, będzie chciało przetrwać, „wygrać” wojnę gatunkową za wszelką cenę. I jeśli będzie silniejsze, to prawem silniejszego wyprze, zniszczy, zabije lub w najlepszym razie „zasymiluje”, co pokazała zwykła historia ludzkości (historia rdzennych ludów Ameryk i tym podobne). Tu jednak nagle film broni się całkiem nieźle, bo w końcu to poszukiwanie dotyczyło Marsa, czyli planety, znajdującej się relatywnie blisko Ziemi. Jej atmosfera, budowa i inne jej cechy wskazują, że nie tylko mogła być kiedyś zamieszkana, lecz również, być może, mogłaby zostać w przyszłości skolonizowana. I to jest całkiem sensowne uzasadnienie dlaczego szukamy tego życia, lub znaków życia. Kolejnym powodem będzie jak zawsze: „ciekawość”, zwykła ludzka ciekawość (czyli pierwszy stopień do piekła jak zwykł nauczać Kościół). Ciekawość naukowca jest całkiem naturalnym mechanizmem, motywuje go do odkrywania, badania i odrzucania lęku przed nieznanym. No właśnie. Tu sypie się znowu fabuła, bo skoro ta ciekawość miała być naukową, skoro taką chłodną, pozbawioną emocji, lęku i wszystkiego co wpisane w tzw. „instynkt przetrwania”, to [SPOILER] >> skąd cała ta agresja potem. To znaczy, decyzja: zabić to, spalić, bo groźne. << [SPOILER] Że obce życie jest dla nas groźne, to już chyba całkiem logiczne. Może to właśnie jest clue. Może o to właśnie chodziło w odpowiedzi na to kluczowe pytanie:

Po co?

…to wszystko. Czego chcemy, czego spodziewamy się po kontakcie z obcą cywilizacją? Że zaspokoi naszą ciekawość? Że opracujemy nowe technologie, nowe lekarstwa, dojdziemy do rewolucyjnych odkryć naukowych? Że zmieni się nasza perspektywa widzenia, myślenia, rozumienia? Że zrozumiemy kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy, dokąd zmierzamy, jaki będzie kres ludzkości? Że będziemy w stanie przewidzieć katastrofy, zapobiec im? Czerpać naukę o błędach nie swoich, tylko obcych. Że sobie porozmawiamy z tym obcym, że się z nim zaprzyjaźnimy? Czy że go ujarzmimy, skolonizujemy, podporządkujemy, unicestwimy go zanim on unicestwi nas? Że się przygotujemy na takie spotkanie i poznamy jego słabe punkty, jego piętę achillesową, żeby, w razie czego, dać sobie z nim radę jakby co?

Może w tym zakresie ten film stawia właśnie te pytania, bo przecież [SPOILER] >> po co było drażnić to coś? I dlaczego od razu je anihilować, kiedy tylko pokazało swoją moc? Przecież ono mogło rozumieć to (i słusznie) jako zagrożenie własnego życia i w związku z tym zacząć po prostu walczyć o przetrwanie? << [SPOILER]

Mięso armatnie.

W filmach akcji trochę drażni mnie to, że często od początku mogę przewidzieć, kto tutaj zginie, a kto będzie walczył do końca. Widać to po obsadzie, ale nie tylko. Niektórzy członkowie załogi są płascy i bez historii. Nie ma niczego, co zatrzymałoby ich na chwilę dłużej w kadrze. I wtedy myślę sobie: „o ten zginie pierwszy” i bum, trafiony zatopiony. Taka przewidywalność scenariusza i castingu to trochę amatorszczyzna w filmach wysokobudżetowych, a szczególnie w tych, które mają jakieś ambicje. Spójrzmy na takiego Larsa von Triera, Uma Thurman w „Nimfomance” zagrała parę minut ale za to jak! Więc dlaczego tak lekceważyć widza? Jeśli nawet aktor nie jest wielką światową gwiazdą, dajmy mu choć szansę się wykazać, dajmy mu rolę, zróbmy scenariusz, a nie tak, to po prostu nie fair, wobec niego i wobec nas.

Jaki to film? Dobry czy zły?

I tu paradoksalnie, na przekór wcześniejszym uwagom krytycznym, muszę z naciskiem powiedzieć: bardzo dobry. Aż strach pomyśleć jak dobry byłby, gdyby nie te drobne potknięcia, głównie scenariuszowe, których można było przecież uniknąć. To najłatwiejsze co było można. Bo całą reszta jest tak dobra, że lepsza już raczej być nie mogła, a to właśnie efekty specjalne są ponoć najtrudniejsze i najdroższe. Scenariusz to po prostu geniusz twórcy. A tu twórca nie był genialny. Lecz całość mimo wszystko broni się z przytupem. Bo „Life” to naprawdę dobry, mocny film, a zakończenie po prostu wgniata w fotel. Może dlatego, że zrywa z kanonem, czyli ze światem jaki znamy…

Animator 2017

Lipiec 12, 2017 § Dodaj komentarz

O filmie animowanym

Międzynarodowy Festiwal filmów animowanych odbywa się w Poznaniu od 10 lat. Przez ponad tydzień opanowuje kina studyjne, parki i ulice. Co kawałek znaleźć można urządzenia i instalacje ilustrujące różne techniki animacyjne, w parku rozstawia się plenerowy „klub festiwalowy” z darmowymi pokazami.

Myli się ten, który kojarzy techniki animacyjne wyłącznie z filmami dla dzieci. Animacja to także dziedzina sztuki, produkcja artystyczna, wcale nie podszyta „infantylizmem”. To taka sama dziedzina sztuki wizualnej jak „malarstwo” czy „rzeźba”, o czym świadczy najlepiej fakt, że jest kierunkiem studiów Akademii Sztuk Pięknych. Że może być również komercyjna? Jak wszystko, jak kino, jak literatura, muzyka i tak dalej. Że filmy dla dzieci są często animowane? Bo takie środki wyrazu pozwalają rozwijać dziecięcej wyobraźni więcej niż przedstawienie świata jakim jest (lub jakim wydaje się dorosłym).

Na Animatorze są pokazy dla dzieci, ale te odbywają się w godzinach specjalnie oznaczonych. Cała reszta stanowczo nie jest dla dzieci, przynajmniej dla tych małych. Możemy trafić na przemoc, krew, seks i bóg wie co jeszcze. A przed wszystkim znaczna część filmów zawiera przesłanie, które czasem trudno odczytać, a tym bardziej jeśli nie jest się uzbrojonym w dostateczną wiedzę, dojrzałość i doświadczenie. Dlatego przede wszystkim od publiczności wymagana jest pewna doza doświadczenia i dojrzałości.

O technikach animacyjnych

Technik animacyjnych jest całkiem sporo. Te istniały zanim jeszcze wynaleziono komputery. I miały się wtedy całkiem nieźle.

Na przykład technika rysunkowa (mająca także wiele odmian), w której poszczególne klatki filmu są rysowane odręcznie na kartkach, kalkach lub celuloidach, za pomocą ołówka, kredek, farb akwarelowych lub innych. Animacje takie nazywamy „klasycznymi”, tak powstało wiele filmów, na których się wychowałam, jak na przykład „Bolek i Lolek”.

Animacja lalkowa, w której fotografowane są stadia ruchu lalek poruszających się w świecie zbudowanym z przedmiotów będących replikami istniejących rzeczy, budynków, drzew itp. w mniejszej skali.

Animacja plastelinowa (jeśli ktoś jeszcze pamięta grę przygodową „The Neverhood” to to właśnie to!), taka w której bohaterowie i cały świat są wykonani z gliny, plasteliny czy innego materiału plastycznego, a następnie animowani klatka po klatce.

Animacja z materiałów sypkich, czyli soli, piasku itp. którymi pokrywa się śliską powierzchnię np. ze szkła i wykonuje rysunek w tymże materiale, palcem, rylcem czy czym bądź, oczywiście wszystkie stadia klatka po klatce muszą być sfotografowane (są też wariacje na temat tej techniki, np. zamiast materiałów sypkich możemy zastosować ciecze o różnych kolorach)

Animacja malowana na szkle. Trochę jak grafika na szkle, tyle że zamiast wykonywać odbitkę fotografujemy każdą klatkę i przemalowujemy, przemalowujemy, przemalowujemy…

Animacja wycinankowa, czyli taka w której animowane są wycięte kawałki papieru w kolejnych klatkach animujące ruch, czasem można zastosować wiele warstw, nieruchome tło itp.
Zdobycze technologiczne przyniosły kilka nowych technik, z których zdążyło już skorzystać całkiem sporo talentów, jak chociażby Tomasz Bagiński (pamiętamy jego słynną „Katedrę” od której zaczęła się jego kariera międzynarodowa). Mowa tu o animacji 3D (komputerowej oczywiście), a także tzw. „animacje flash” czyli takie, do których produkcji użyto znanego na całym świecie oprogramowania wektorowego stworzonego przez nieistniejącą już firmą Macromedia.

 

O głębi

Tegoroczny Animator w Poznaniu zaprezentował niezwykle wysoki poziom. Wiem co mówię, bo na Animatora chodzę od lat, prawie od jego początków. W tym roku nie zanotowałam ani jednej animacji w konkursie, której przepustka do niego wzbudzałaby jakiekolwiek wątpliwości merytoryczne (a różnie z tym bywało…).

Niektóre filmy jak „Kukułka” są po prostu majstersztykami. To taki film, alegoria macierzyństwa, jak to w filmach bywa, podłóżmy głębsze znaczenie, niech bohaterami będą alegorie „ludzi”, nie ptaki i voila! Kukułka? Taka matka co podrzuca obcym swoje dzieci. Czy może budzić sympatię? Jako ptak nawet nie budzi (a mówi to osoba która widziała wielkie pisklę, po prostu wielką jak gołąb wyrośniętą kukułę wydającą oszukańcze infantylne piski, karmioną przez biedną maleńką pliszkę), a co dopiero człowiek: MATKA! Ale oto chcemy refleksji nad relacją matki i dziecka? Proszę: Rosjanie przychodzą z pomocą. I już świat staje się mniej czarno – biały. „Kukułka” jest do tego niesamowicie estetyczna i ma ekstra muzykę. Polecam!

Inna perełka minionych Animatorów to „Drżące Trąby” Natalii Bróżyńskiej. Ta ostatnia (nie tylko za sprawą swojego głosu!) stała się jedną z moich ulubionych animatorek. Muszę przyznać, że niemal wszystko czego dotknie jest po prostu dobre.

„The Wrong End of the Stick” z tegorocznego Animatora, film nie tyle o „perwersjach” seksualnych tylko o tym, że w sprawach seksu człowiek bywa czasem „dziwny”, a może zawsze jest jakoś dziwny dla tej drugiej osoby? Bo w sumie, jako tabu, tematy związane z życiem seksualnym omijają nawet partnerzy (nie rozmawiając nigdy o swoich fantazjach seksualnych o ile te odbiegają od stereotypowych). A może to film o tym czym po prostu jest miłość? Nie wiem. Ale czasem warto postawić pytanie i nawet nie szukać odpowiedzi, a to właśnie czynią takie filmy.

Piotra Bosackiego z jego filozofująco naukowymi animacjami i głośnym przełykaniem śliny rozpoznam już wszędzie i powiem: trzyma poziom i sala kinowa zawsze wybucha śmiechem, i to nie raz.

Niemiecką animację zawsze uważałam za trochę „ciężką”. I od pewnego czasu muszę to postrzeganie zrewidować. Niemieckie filmy często są mocno „intelektualne”, może dlatego mało śmiechu a dużo pytań bez odpowiedzi. Jak tegoroczny „Kaputt” o NRDowskich więzieniach, w których niewolniczą pracę wykonywały więźniarki polityczne, a tzw. Zachód nigdy nie zapytał o ich prawa, kupując za bezcen wytwory ich znoju…

Animacja to sztuka. Kropka. Mam nadzieję, że udało mi się nawinąć ten makaron na uszy!

Kosmiczny „Interstellar” 2014

Listopad 29, 2014 § Dodaj komentarz

Jakim filmem jest „Interstellar”? Złym czy dobrym?

To pytanie, na które trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Ponieważ, gdy porównywany z „2001: Odyseją kosmiczną”, filmem klasykiem nakręconym na podstawie nie mniej kultowej powieści Arthura C. Clarke’a, może sprawiać wrażenie nieudolnej podróby, w której zaniknęły całkowicie wątki filozoficzne, rozważań nad ewolucją oraz nad okrutnym zawsze połączeniem w nieodłączną parę tejże ewolucji z okrucieństwem i brutalnością gatunkową. Że u Clarke’a postęp i rozwój nieodłącznie stowarzyszone są z przemocą – opowie nam rozdział o człekokształtnych, „świeżo upieczonych” mięsożercach (kłania się fantastyczne nawiązanie do mitu o Kainie) a później zimna obojętność rozwiniętej cywilizacji (tak – tej pozaziemskiej również) a także dziwna „niedojrzała” jakby emocjonalność SI. To wszystko świetnie pokazał w filmie również Stanley Kubrick.

 

„2001 Odyseja kosmiczna” – dokowanie

„Interstellarowi” brakuje tego rozmachu literackiego. Porównywanie obu filmów musiało być jednak zamierzeniem reżysera, film w oczywisty sposób nawiązuje do Odysei. Najpierw bardzo rozwleczona / kluczowa, jak się później okaże, scena dokowania statku, później liczne jeszcze odniesienia, jak zakrzywienie czasoprzestrzeni, inteligentne roboty (ja ciągle oczekiwałam jakiegoś zdradzieckiego ruchu z ich strony) przez pozaziemskie, planetarne krajobrazy, a na finale skończywszy.

interstellar

„Interstellar” – dokowanie

Gdyby filmy stawały w szranki, jest oczywiste, że „Interstellar” wyszedłby z pojedynku na tarczy. Na tej tarczy uniósłby jednak głowę w niezakrzywionej czaso-przestrzennie rzeczywistości porównania kina na wskroś nowoczesnego z zabytkowym.

int

Tandeta

Jest w „Interstellarze” mnóstwo tandetnych momentów. I to tandetnych nie z powodu technicznej niemożności przedstawienia kosmosu, która jest zawsze piętą achillesową filmów SF. Tak, że to co dzisiaj wydaje się szczytem realizmu, zawsze z czasem, postępem wiedzy i tak dalej dewaluuje się często do granic śmieszności.

Mówiąc o tandecie mam jednak na myśli zupełnie inne rzeczy. Te raczej, które są piętnem Hollywood po prostu, stemplem, sygnaturą czasów, miejsca produkcji i kultury masowej.

Jak na przykład moment, gdy potężna burza piaskowa uniemożliwia poruszanie się samochodem, lecz jednocześnie nie wyrywa otworzonych na nią drzwi domu z zawiasów i nie widać nawet użycia najmniejszej siły przy ich zamykaniu, jak powiewająca cudownie rześko i świeżo amerykańska flaga na planecie ukształtowanej w całości z lodu, na której panuje tak niska temperatura, że nawet chmury zamarzają. Infantylny pokaz z zaginaniem kartki przebijanej ołówkiem, zupełnie jak gdyby widzami były osoby niedorozwinięte lub niemyślące. Niestarzejący się Michael Caine, fakt że przesiadł się na wózek nie jest wystarczającym dowodem postarzenia się przez 20 lat. Tandetnych kwiatków jest naprawdę sporo i nie jest moim celem wszystkie je tu wytykać. Film obfituje oczywiście również w całą masę merytorycznych bzdur i filmowych uproszczeń, ale to mu możemy z całą pewnością wybaczyć. Pragnę dodać, że we wspomnianej „Odysei” też do niejednej rzeczy można by się przyczepić, rzeczy, która była raczej inwencją reżysera niż pisarza, jak na przykład mnożące się sceny jedzenia jakiejś mazi przez załogę. Odnieść można nawet wrażenie, że bohaterowie „Odysei” nic innego nie robią i w niczym nie znajdują zajęcia jak we wchłanianiu gigantycznej ilości tacek z pożywieniem dla świnek.

„2001 Kosmiczna Odyseja”

Aktorstwo

Matt Damon – najbardziej zaskakująca rola w jakiej go dotąd widziałam. I to nie rola pierwszo czy nawet drugo, lecz TRZECIO planowa! Dla tak uzdolnionego aktora, lecz jednocześnie gwiazdora, na którego nazwisku „stoi” często cały marketing konkretnego filmu to naprawdę nietypowe. I rola była również nietypowa, lecz to co Damon uczynił z tych parunastu może minut na ekranie jest tylko dowodem na to jak bardzo wszechstronnym i uzdolnionym aktorem jest i ile jeszcze przed nim!
Michael Caine ? Nie. Nie odpowiadała mi ta maska zdjęta z Batmanowskiego Alfreda „kryptoprofesora” – tu profesora prawdziwego i jakiegoś nawiedzonego literacko… Mnie jego rola kompletnie nie przekonała, tak jakby po prostu powiedzieć – no tak – Michael Caine – to znaczy nie było źle, bo Michael Caine – ale też nie było w tym po prostu nic, nic więcej. Chałtura.

Matthew McConaughey – ten aktor generalnie jakoś mnie nigdy nie przekonywał. I nie przekonał tym razem. Jest dla mnie aktorem bez charyzmy i nic na to nie poradzę. Zupełnie nie wiem jak to się stało, że stał się gwiazdą Hollywood. Owszem niczego mu niby nie brakuje ale ze swoich ról po prostu nie potrafi wydobyć nic tak abym zapomniała, że siedzę w kinie i żebym zapomniała, że on tylko gra…

mat

Wes Bentley – ten aktor rzucił mi się w oczy jako młodzian w „American Beauty” – już wtedy w tamtej roli dało się zauważyć ten specjalny błysk. Jednak, choć jego rola w „Interstellarze” była całkiem niezła, wciąż nie mogę rozgryźć czy jest on tylko aktorem jednowymiarowym, zdolnym do odtwarzania tylko jednego typu emocji z dwiema minami na krzyż jak Harrison Ford. Co ani Forda ani Bentleya nie musi oczywiście dyskryminować. Bo kiedy ktoś ma w sobie tyle uroku i wewnętrznego magnetyzmu jak on, cała reszta nie ma już znaczenia.

Muzyka

Muzyka w „Interstellarze”, którą skomponował Hans Zimmer to arcydzieło. I na tym polu mogłabym się kłócić, że udźwiękowienie „Interstellara” nawet w porównaniu do zilustrowanej klasykami „Odysei” wymiata. Po prostu słuchanie ścieżki dźwiękowej tego filmu daje tak wiele estetycznych doznań w połączeniu z doskonale i z rozmachem zrealizowanymi scenami, ujęciami kosmosu, że wgniata w fotel, podnosi ocenę filmu o co najmniej jedną ocenę w górę. Tej muzyki chce się słuchać po wyjściu z kina. Ta muzyka jest spektakularna. Przypomina o wielkiej pustce otaczającego nas „wszystkiego” (niczego?).

Podsumowując

„Interstellar” jest doskonałym filmem o podróżach w kosmosie i astronautyce. To ciekawe SF z wieloma nawiązaniami do klasyki, jednak bez filozoficznego głębokiego dna. Grubo ponad dwie godziny doskonałej rozrywki i spektakularnych doznań audiowizualnych. Wypełniony banalnym dialogami i niekonsekwencją, które trzeba mu wybaczyć jeśli kocha się SF. Bo nie każdy film musi być i będzie kręcony na podstawie literackiego majtersztyku. Chociaż mógłby być. Sęk w tym, że wielu przykładów nowoczesnego literackiego SF po prostu nie da się zilustrować filmowo. Są tak abstrakcyjne, jak np. „Ślepowidzenie”. Film rządzi się swoimi prawami i w ciągu zwartego czasu musi opowiedzieć zamkniętą mniej lub bardziej opowieść. I to „Interstellar” czyni. Widoki obcych planet, zbliżania się do wielkiej czarnej dziury, przelotu przez zagiętą rzeczywistość czasoprzestrzennej dziury czy nawet braku grawitacji w wielu miejscach jest w tym filmie wysoce estetycznym doznaniem. O ile ktoś SF kocha. Dla mnie to film który w 10 punktowej skali dostałby 8.

„The Adjustment Bureau” – film o niemożliwości „przystosowawczej” prawdziwych uczuć

Lipiec 27, 2014 § 1 komentarz

„The Adjustment Bureau” tytuł przetłumaczony na język polski nie wiedzieć dlaczego jako „Władcy umysłów” jest ekranizacją krótkiego opowiadania Philipa K. Dicka pt. „The Adjustment Team”. I tu od razu pojawia się pierwsza refleksja – żeby prawdziwie docenić i zasmakować w tej historii trzeba również znać i lubić twórczość K. Dicka – tak charakterystyczną SF z powodu jej nieustających odniesień do Boga, sił nadprzyrodzonych, filozofii, teologii, kwestii przeznaczenia, roli czasu itd., w której kosmitów i kosmosu ze świecą można raczej szukać, jednak przez swoje pierwiastki „niesamowite” do kanonu SF zaliczaną. Jest tu wszystko to co u Dicka kochamy – podszepty aniołów, które brzmią przewrotnie jak kuszenie przez Szatana, tak, że zastanawiasz się – co i kto jest tu właściwie dobrem a co złem. Jest również wiele elementów, które na pierwszy rzut oka zdają się być zaczerpnięte z innych filmów – drzwi („Zagubiony pokój”), panowie w kapeluszach („Fringe”) czy ogólny tzw. „plan” („Matrix”) – jednak jeśli mam być szczera –naprawdę wątpię, aby to George Nolfi zainspirował się wspomnianymi filmami, było raczej odwrotnie, to twórcy owych skorzystali na mało znanych detalach z opowiadania K. Dicka a ta ekranizacja to właśnie ujawniła.
„The Adjustment Bureau” jest taką właśnie „niesamowitą” opowieścią o miłości, która przekracza wszelkie granice, wszelkie przeszkody, posiada zdolność zaginania czasu i rzeczywistości, sprzeciwia się woli Boga…yyy…”prezesa” na sposób iście nie szatański, lecz rewolucyjno-anarchistyczny. A której przesłaniem jest proste stwierdzenie – że to my kształtujemy nasze przeznaczenie, to my decydujemy o naszym szczęściu, to my posiadamy wolną wolę, że los i ścieżki naszego życia nie są…ups..NIE MUSZĄ być zapisane gdzieś w kartach „przeznaczenia”. A przede wszystkim, że to miłość jest najważniejsza i że miłość nas usprawiedliwia, że ona zmienia losy świata, losy naszego życia, losy otaczających nas ludzi, a przede wszystkim – i nawet! – wolę Boga.
Dlatego warto o nią i za nią walczyć. Dlatego nie wolno się poddawać.
If you believe in free will
if you believe in chance
if you believe in choice
fight for it”
 

„Women Without Men” – Kobiety bez Mężczyzn – o GENDER w filmie Shirin Neshat

Lipiec 3, 2014 § Dodaj komentarz

„Kobiety, które przestano kochać, pamiętają. Dziś zbyt długo już powtarzały swe twarde myśli. Nie modlą się; są wierne wspomnieniom. Kulą się w zmroku, jak w starym kościele. Te kobiety wyrzekają się wszystkiego, a ich palce gotowe są pleść wieńce ze słomy. Z nastaniem dnia znikają; pocieszyły się w milczeniu. Przebyły wiele wrót. Matki ochraniały kołyski, aby noworodki rosły zdrowo. Kiedy pochylały się, małe dzieci uśmiechały się do ich dobroci. Często dziękowały i ruchy ich ramion są drżące, tak samo jak powieki. Spowici w wyziębłe mgły starcy czekają bez rozmyślań, bo rozmyślaniom oddają się tylko dzieci (…) W blasku czystego dnia kobiety milczą. Ich ciała są anielskie, ich spojrzenia drżą.  Niebezpieczeństwo witają wewnętrznym uśmiechem. Oczekują grozy, aby wyznać niewinne grzechy.”

Przytoczyłam słowa Guillaume Apollinaire’a ponieważ będąc wybitnym poetyckim obrazem na temat płci (GENDER), jej społecznych i jednostkowych konsekwencji i uwarunkowań zdają się być, o dziwo, na całkowicie przeciwnym biegunie rozumienia własnych praw przez 4 bohaterki filmu „Kobiety bez mężczyzn” – Zinat – zbuntowanej żony generała z wysokich sfer, która odeszła od męża, zmuszanej przez brata do niechcianego małżeństwa Munis, prostytutki Zarin i zgwałconej dziewczyny Faezeh.

Historyczne tło – film w filmie

Akcja tego powolnego, syntetycznego filmu toczy się w wyjątkowym i fascynującym historycznie okresie Iranu – okresie przewrotu z 1953 roku – w którym po ingerencji amerykańskich służb CIA poprzez tzw. „Operację Ajax”, której dokumentacja została niedawno odtajniona i została ona fantastycznie zobrazowana w przełomowym technologicznie pierwszym interaktywnym i multimedialnym komiksie „CIA : Operation Ajax”, obalono demokratyczny rząd premiera Mossadeka. To fascynująca powojenna historia – prawdziwy polityczny thriller. Dążące do opanowania i kompletnej kontroli nad ogromnym źródłem ropy naftowej mocarstwa – Wielka Brytania, a później także, a raczej przede wszystkim, USA doprowadziły do upadku demokratycznego, świeckiego rządu, z ogromnym sukcesem budującego podstawy wolnego, europejskiego Iranu. W wyniku obalenia rządu i ustanowienia władzy wojskowych dowodzonych przez generała Zahediego sytuacja polityczna i społeczna w Iranie i na Bliskim Wschodzie została katastrofalnie zdestabilizowana. W efekcie do głosu doszły siły szyickich ekstremistów i po tzw. „rewolucji islamskiej” ustanowiono państwo religijne z prawem szariatu ponad prawami świeckimi. W ten sposób chciwość i mocarstwowe aspiracje krajów, które do dziś pragną budować – montować i demontować geopolityczną sytuację świata, doprowadziły do upadku i degeneracji jedną z najstarszych i najwspanialszych kultur świata oraz do upokorzenia jednego z najdumniejszych narodów.

Kobiety bez mężczyzn – po prostu kobiety

Bohaterkami filmu, którego akcja toczy się w okresie wspomnianego przewrotu w 1953 roku w Teheranie są kobiety, które równie dobrze mogłyby być jakimikolwiek innymi Europejkami z tego okresu. Jedyny moment, w którym dobitnie uświadamiamy sobie odmienność kulturową (wynikającą z religii) jest chwila, w której Faezeh oświadcza się już żonaty mężczyzna pragnąc by została jego drugą żoną. Oczywiście wielożeństwo nie jest praktyką dopuszczalną w tzw. „kulturze chrześcijańskiej”. Jednak problemy kobiet – apodyktyczny mąż tyran, przemoc ze strony mężczyzn zarówno fizyczna jak i werbalna nie są lub raczej nie były w tamtym okresie specjalnością irańską. Kobiety musiały i nadal muszą, także w Europie walczyć o równouprawnienie i szacunek. Życie kobiet „bez mężczyzn” jest nadal trudne również tam, gdzie pozornie mają te same prawa – w rozwiniętych krajach Europy zachodniej. O tym opowiada obraz Shirin Neshat.

Jego przesłanie jest proste i jednocześnie tak trudne – mówi o WOLNOŚCI, która jest ważniejsza od życia i o tym, że sama walka o wolność i niezależność jest już wolnością i godnością życia. Kobieta nie potrzebuje uznania ze strony mężczyzny aby czuć się spełniona i szczęśliwa, nie potrzebuje jego przyzwolenia na to by żyć tak jak pragnie, nie potrzebuje nawet jego akceptacji. Kobieta MOŻE osiągnąć pełnię swojego człowieczeństwa i zbudować wartość własnego życia w oparciu o to kim jest sama – sama w sobie.

„Śmierć wcale nie jest ciężka, tylko taka się wydaje. Pragnęłyśmy wyłącznie jednego – znaleźć nową formę życia, nowy kształt. Wyzwolenie.”

„Rozstanie” czyli o trudnych wyborach – Asghar Farhadi w filmie „Jodaeiye Nader az Simin”/ „A Separation”

Czerwiec 18, 2014 § Dodaj komentarz

Kolejny po „Co wiesz o Elly” film irańskiego reżysera Asghara Farhadiego i jednocześnie zdobywca Oscara w 2012 dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, Złotego Globu, Złotego Niedźwiedzia i kilku jeszcze prestiżowych nagród międzynarodowych wydaje się jeszcze dojrzalszym i w pełni kompletnym dziełem.

Jak zwykle wątek fabularny filmu nie stanowi jedynie pretekstu do filozoficznych rozważań nad społeczeństwem, człowieczeństwem i prawdą/kłamstwem, lecz jest tu pełnoprawną, dojrzałą opowieścią istotną samą w sobie.

Wątkiem prowadzącym jest tytułowe „rozstanie” (czyt. „rozwód”) pary z Teheranu oraz dramat ich nastoletniej córki zmuszonej do wyboru pomiędzy rodzicami. Wyboru tym bardziej dramatycznego, że mającego charakter „ostateczności” – mama Termeh – Simin postanawia opuścić Iran na zawsze, aby móc rozpocząć nowe życie w kraju, w którym jej prawa człowieka nie będą ograniczone, w którym nikt nie będzie dyktował jej jak ma się ubierać, z kim wolno lub nie spotykać, rozmawiać itd. Simin pragnie zabrać ze sobą córkę, aby umożliwić jej normalne życie na Zachodzie i uwolnić z kulturowych kajdan jakie irańskie państwo wyznaniowe zakłada wszystkim kobietom. Z tej perspektywy widoczne i oczywiste jest, że dramatyczny wybór jednego z rodziców przez Termeh doprowadzi do totalnej separacji od drugiego.

Tak naprawdę żadne z trójki bohaterów nie pragnie rozstania, rozwód jest potrzebny kobiecie, aby mogła otrzymać paszport i wyjechać zabierając ze sobą dziecko. Jednak nie można powiedzieć, aby kluczowa para była złym małżeństwem, wypalonym, nie żywiącym wzajemnych uczuć. Zwyczajnie, mają tylko inny sposób patrzenia na własną przyszłość, przeszłość i rzeczywistość, co wynika również, niestety z różnych miejsc, z których do rzeczywistości się odnoszą. Mężczyzna wszak w społeczeństwie dyskryminującym kobiety łatwiej zaakceptuje tę dyskryminację niż sama dyskryminowana.

separation02

Paradoks polega na tym, że każde z bohaterów ma rację, każde ma argumenty nie do podważenia. Naader (wspaniała ponownie rola Peymana Moaadiego) nie chce opuścić chorego na Alzheimera ojca, skazując go na rychłe odejście (jest wszak syn jedyną nicią pamięci trzymającą na tym świecie umysł staruszka będącego w kompletnej demencji).

Gdzieś obok znienacka pojawia się i staje wiodącym wątek związany z drugim sportretowanym w filmie, w kontraście do pierwszego – tradycyjnie i ortodoksyjnie wierzącym małżeństwem, spodziewającej się dziecka Razieh i jej męża Hodjata.

separation01

Kłamstwo, obłuda i hipokryzja

To właśnie w postaci Razieh Farhadi krytycznie sportretował religijnie fundamentalistyczną hipokryzję. Kobieta żyjąca w obłędzie przesądów (wierzy, że za jej kłamstwa bóg ukarze tu na ziemi jej małą córeczkę) jest jednocześnie jakby całkowicie pozbawiona „busoli moralnej” – nie potrafi samodzielnie rozsądzić tego co jest dobre a co złe, nie potrafi zastosować się do etyki na podstawie własnej intuicji, nie umie podjąć ludzkiej decyzji kierowana zwyczajnym rozsądkiem i empatią – dotyczącej przykładowo umycia niedołężnego staruszka niekontrolującego odruchów fizjologicznych, do opieki nad którym została zatrudniona. Niesiona trudnym do zrozumienia lękiem (wszak poza kilkuletnią córką nikt się nawet o tym nie dowie) – dzwoni na irańskie pogotowie religijne (sic!) – coś jak telefon zaufania – pytając jak ma postąpić – pozostawić starszego pana w mokrej odzieży na wiele godzin, czy nie. Postępowanie Razieh i Hodjata trudno nazwać moralnym w jakimkolwiek aspekcie ich życia.

Farhadi krytykuje w ten sposób religijną „moralność” a raczej jej brak u irańskiego społeczeństwa.

Pyta jakby – skoro ta religia NIC nie daje, skoro nie podnosi poziomu etycznego, wrażliwości na świat i drugiego człowieka, jego zdolności do miłości, skoro nie czyni ludzi szczęśliwymi – to po co nam ona? Czy jest jeszcze religią (zbiorem etycznych wytycznych) czy też tylko zwykłą IDEOLOGIĄ jak komunizm, jak faszyzm…

Jednak od obłudy i kłamstwa nie są wolni również (zdaje się niezbyt religijni) Simin i Naader – oni również okłamują siebie nawzajem, innych, własne dziecko, sąd, sąsiadów. W ten „grzech pierworodny” kłamstwa wciągają również córkę Termeh zmuszając ją do podejmowania dramatycznych decyzji, kłamstw w obronie rodziny, ojca i wreszcie stawiając przed niemożliwym dla dziecka wyborem.

separation04

To dlatego jej wybór będący ostatnią sceną filmu nie został widzowi ujawniony, ostatecznie nie wiemy z kim zdecyduje się pozostać dziewczynka. Dlaczego? Ponieważ jest to właśnie wybór niemożliwy, ponieważ każdy będzie wyborem złym.

Szantaż moralny i psychiczny – Simin

To jej (w tej roli również doskonała Leila Hatami) decyzja o odejściu uruchamia spiralę złych wydarzeń – konieczność powierzenia opieki nad ojcem Naadera obcej osobie i wiążące się z nią późniejsze zdarzenia oraz rozdarcie i trudne do wyobrażenia cierpienie, którego musi doświadczać jej córka. Jednak Naader nie obarcza jej winą, do winy poczuwa się sama. Simin to jednak kolejna u Farhadiego kobieta z charakterem, pewna siebie, wyemancypowana i niezależna, nie pasująca do społeczeństwa, w którym przyszło jej żyć.

——————————————————–

Ostatecznie film stawia pytanie, na które nie ma oczywistej odpowiedzi – jeśli pragnienie zmiany niedobrego świata i niedobrego życia prowadzi do niechcianych lecz jednak złych skutków – kogo należy winić? Tego, który pragnął ze złem walczyć jak umiał czy tego, który po prostu zaakceptował je bez sprzeciwu?

Pytanie wyniesione z mikrokosmicznego wątku dwóch małych rodzin jest w rzeczywistości pytaniem postawionym irańskiemu społeczeństwu, a także nam wszystkim, którzy każdego dnia milcząco akceptujemy zły świat, w którym żyjemy.

separation03

 

Where Am I?

You are currently browsing the Filmy category at makarondizajn.