„Nimfomanka II” – i bum!

Marzec 2, 2014 § Dodaj komentarz

Bardzo trudno pisze się o tym filmie. Tym razem po obejrzeniu drugiej, ostatniej części. Myślę, że przez ten podział na dwie części oglądane w pewnych odstępach w czasie jego wyraz jest jeszcze mocniejszy, a uczciwe i poważne skomentowanie trudniejsze. Szczególnie, kiedy się myślało coś i powiedziało coś już po części pierwszej.

nimf01

Zapomnij o miłości

To przypis pod tytułem trailera. Czy jednak to brutalne rozdzieranie, zimne krojenie „miłości” na prosektoryjnym stole sprawia, że „zapominam o miłości”? Czy raczej, że widzę ją jako bardziej złożone, naprawdę skomplikowane zjawisko – zestaw objawów, zachowań „ludzkiego zwierzęcia” – jak wyraziła się profesor Helen Fischer, antropolożka w swoim arcyciekawym wykładzie o miłości i zdradzie?

„Ten film jest o ciele i o prymitywności seksu” mówi Charlotte Gainsbourg (filmowa Joe) – dosadnie to ujęła, a przecież ta prymitywność i to ciało mają swój udział w zjawisku, które wszyscy, w tym poeci, muzycy i cała reszta nazywają „miłością”. W filmie von Triera seksualność i cielesność są naturalne tak samo jak w rzeczywistości, bez patosu, bez poezji, bez metafory i bez wstydu. Bo taki jest seks, taka jest nagość i tacy są ludzie, niezależnie od tego czy w łóżku podpatrzymy męża i żonę, czy przypadkowych kochanków.

Nimfomanka czy „sex addict” ?

To trudne pytanie. Joe nie uważa się za osobę uzależnioną. Niezależnie od jej teorii, popartej całkiem niekiedy słusznym argumentowaniem, pozostanę przy moim zdaniu. Joe jest wyjątkową „nimfomanką” ale jej nimfomania niszczy ją, niszczy jej życie, jej zdolność do głębokich relacji z innymi ludźmi, sprawia, że nie może czuć się, być szczęśliwa. Nie potrafi przestać. Jest więc uzależniona. Jednak fakt, że uzależnienie nie przynosi widocznych korzyści może sprawić, że mu się wymknie, można ją uleczyć, ona sama może tego dokonać. To optymistyczne…to doprawdy optymistyczne zakończenie mogłoby mieć miejsce. Potrzeba tylko oczyszczającej rozmowy, zrozumienia, życzliwości i zaufania…

nimf02

„Wejdź we mnie wszędzie gdzie możesz”

Okrutna i autodestrukcyjna prośba. Spełnienie jej musi skończyć się kompletną dewastacją indywidualnej osobowości. Czy jednak tak bardzo „perwersyjna”? A może piękna? Może to właśnie jest to najbardziej „cielesne”, zmysłowe, fizyczne odczuwanie tego, co inni ludzie potrafią deklarować tylko poezją, umysłem, „duchowością”. W tej dosadnej, odważnej bo DOSŁOWNEJ prośbie kryje się cały fenomen miłości, która jest też „całkowitym oddaniem”, „całkowitym zapomnieniem o sobie”, potrzebą całkowitego zespolenia i to takiego bez owijania w bawełnę, zjednoczenia we wszystkim. W pięknie miłości i w brzydocie miłości. W pięknie człowieka i w jego odrażającym okrucieństwie.

Gender

Tak, to słowo pada. Nie jest to zresztą nic dziwnego. Bo gdyby życiem Joe żył dowolny mężczyzna XX lub XXI wieku, jego liczne podboje seksualne wywołałyby co najwyżej zazdrość innych mężczyzn, podziw kobiet. To niezależność i emancypacja kobiety i jej odwaga w wyrażaniu i doświadczaniu, eksperymentowaniu z własną seksualnością budzi opór, strach, zdegustowanie czy wręcz obrzydzenie. Dlaczego? Bo jest kobietą. Słusznie zauważa to Seligman…wcale nie tak od rzeczy wreszcie…

Seligman

Oto i on. Niedoświadczony widz pornograficznego spektaklu. Wysłuchał. Czy skorzystał? Z pewnością tego chciał…ale chciała i ona jakoś skorzystać z jego deklarowanej „aseksualności” – a raczej z jego obiektywnego chłodu, życzliwości, chciała zaufać. Że Seligman był literą „S” wiadomo było od zawsze. Ale zakończenie filmu pozostawiło mnie z otwartymi ustami.

„Nimfomanka I” Larsa von Triera – czy „fajnie jest go poniżać i być przez niego poniżanym” ?

Luty 4, 2014 § Dodaj komentarz

O „Nimfomance” nie jest łatwo pisać, chyba przez wzgląd na towarzyszące temu filmowi sprzeczne emocje – od skrajnie negatywnych do euforii. Dodatkowo, przez swoją formułę „filmu pornograficznego” został on pozornie odarty…stój – rozebrany! ze swojego głównego przesłania, a jego temat w wielu recenzjach rozmywa się. Jest bowiem „Nimfomanka” filmem o głębokim uzależnieniu, a znacznie w mniejszym stopniu „filmem o seksie”. Walorów poznawczych lub edukacyjnych, których doszukiwali się goście „Hali Odlotów” wraz ze znanym seksuologiem nie zauważyłam. Chyba, że ktoś szukał instruktażu łatwego podrywu na szybki seks w pociągowej toalecie, tzn. tego jak „to zrobić”, jak namówić na seks przygodnego pasażera. Łał….takie to proste? Mówi von Trier „niestety” – i chociaż wiedza nie zweryfikowana, wygląda sensacyjnie, pytanie pozostaje – kto takiej wiedzy poszukuje w kinie Larsa von Triera??

Charlotte Gainsbourg jako Joe

O uzależnieniach

Wszyscy wiemy, że istnieje bardzo wiele bardzo różnych uzależnień, od alkoholizmu i narkomanii (które tak łatwo zdiagnozować) do uzależnienia od hazardu, telewizji, internetu czy nawet uwielbienia przez innych (narcyzm) oraz seksu i/lub miłości. To ostatnie uzależnienie jest chyba jednym z trudniejszych od zdiagnozowania, gdyż potrzeba odczuwania miłości i postępowania w związku z nią zgodnie z ustalonym kanonem zachowań związanych z kulturą wydaje się często pozornie całkowicie naturalna.

Tym co łączy wszystkie te zjawiska jest wspólna wszystkim uzależnionym niska samoocena (często temporalna tzn. zależna od czasu i okoliczności) oraz kompulsywne zachowania podejmowane w reakcji pseudo-samoobrony.

Uzależnienie tym się charakteryzuje, że wymaga od uzależnionego ciągłego powtarzania, dostarczania organizmowi toksycznych w rzeczywistości substancji, o działaniu euforycznym – od środków odurzających do pobudzania własnego organizmu do wydzielania hormonów czyli naturalnych środków chemicznych, takich jak choćby najbardziej znanych „hormonów szczęścia” czyli endorfin. Te podawane regularnie substancje o działaniu euforycznym zwiększają samoocenę, zmniejszają ból i odczuwanie samotności, tłumią poczucie winy i autokrytycyzm, odurzają umysł zmniejszając poważnie zdolność do niezależnego myślenia. Odurzony czuje się szczęśliwy, lekki, wszechmocny i nieśmiertelny, czuje, że jest wyjątkowy, niepowtarzalny i cudowny. W efekcie odstawienia następuje nagły i ostry „zjazd” tego stanu ducha i samopoczucia. Świat staje się beznadziejną, pozbawioną sensu próżnią. Życie wypełnione jest bezładem i chaosem. Nasz uzależniony bohater jest nikim, jest opuszczonym przez wszystkich i niekochanym przez nikogo prochem. Równie dobrze w ogóle mogłoby go nie być.

Joe i jej matka

Nimfomanka

Czy tak właśnie czuje się tytułowa „nimfomanka”? Jestem głęboko przekonana, że tak. Lars nie pokazuje (na razie) przyczyny, widzimy wszakże nieprawidłową relację wzajemną jej rodziców, brak tam miłości i czułości, a nawet można by powiedzieć, brak jakichkolwiek uczuć. Zimna, lodowata matka i niepokojąco uroczo, męski i niestarzejący się wcale a wcale ojciec. Nie wiemy jaka naprawdę była relacja Joe z ojcem, wiele niepokojących sygnałów zmusza mnie do zastanowienia czy naprawdę Christian Slater to taka niedobrana rola… Jeszcze zobaczymy, ten film jeszcze się nie skończył.

Cóż, z punktu widzenia formalnego, podejrzewam, że zabieg z podziałem filmu na dwie części był świadomym, zamierzonym środkiem wyrazu uświadamiającym „niecierpliwemu” widzowi stan ducha uzależnionego oraz takim, typowym dla Larsa von Triera gestem środkowego palca w kierunku widza, wszak mamy do czynienia z prowokatorem. Kino von Triera żyje, nie jest tylko jednostronnym spektaklem, jak w „Dogvile” czy jak w „Przełamując Fale”, jak w „Melancholii”, nie pozostaniesz obojętny widzu, ty też jesteś częścią tego spektaklu, twoje reakcje i oburzenie są elementami „larsowego” przedstawienia.

Joe rośnie w tym złym gnieździe, a my obserwujemy całkiem interesującą (szczególnie na początku, gdy jako dziecko kieruje swoje zainteresowanie ku podbrzuszu, a jako nastolatka zmierza się z „problemem każdej nastoletniej nimfomanki” jak się wyraziła czyli „pozbyciem się dziewictwa”). Z czasem bohaterka zapada, świadomie lub nie, z wyboru lub nie, w nałóg. Nałóg seksoholizmu. Odtąd całe jej życie i wszystkie jego aspekty odmierzane będą przez ilości przewijających się przez jej ciało mężczyzn. Czy wielką miłość do Jerome’a sobie zmyśliła? Wyimaginowała, wyolbrzymiła? Wcale niczego nie odczuwając, nie znając prawdziwej miłości? Czy zakochała się na żądanie, bo chciała? Bo nie chciała być gorsza od innych? Bo usłyszała o tajemnym składniku seksualnego doznania, który nazywa się „MIŁOŚĆ”? I też chciała tego doświadczyć, więc oto, pstryk, palcami i już, kandydat się znalazł, mamy Kupidyna?

Nie wiemy.

Zakończenie pierwszej części „Nimfomanki”, a właściwie ostatnie zdanie wykrzyknięte przez bohaterkę każe nam czekać na ciąg dalszy. Jest mocne. Czy byłam zdziwiona? Czy było mi żal tej biednej dziewczyny? Nie. I tak.

Ale co to właściwie jest miłość?

Tak przy okazji, pytanie zjawia się nagle jak podmuch przeciągu otwartych drzwi kina, bo już leci ostry kawałek grupy Rammstein „Prowadź mnie” i wszyscy wychodzą.

Ja wciąż siedzę.

Seligman

Postać (ach WSPANIAŁA ZNOWU rola Stellana Skarsgårda – etatowego aktora von Triera) słuchacza nimfomanki jest zagadkowa. Czy to jednoosobowa personifikacja widowni czyjegoś życia? Czy to my? Czy my to ona, czy my to on? Czy też i on i ona są w tak ścisłym związku ze sobą, że bez słuchacza nie byłoby opowieści a opowieść nie toczyłaby się gdyby nie on czyli słuchacz? Jego reakcje, od skrywanego szoku, przez próbę pseudonaukowego, przefilozofowanego i przeintelektualizowanego (niezbyt trafionego nawet) tłumaczenia i uzasadniania do próby akceptacji nieakceptowalnego, czyli nałogu który niszczy tę napotkaną przypadkiem osobę. Seligman słucha z wypiekami na twarzy, czy dlatego, że sam niewiele przeżył? Jak każdy, także i on, w warunkach zaufania i komfortu domowego zacisza, gdzie nikt nie może go podejrzeć, zagłębia się podniecony w kręconą i często jakby naciąganą opowieść, taką, w którą czasem nie sposób uwierzyć – no bo jeśli prawdą miałoby być odbywanie po 7 spotkań i 7 stosunków seksualnych na dzień, to trzeba by przyjąć, że jest to „praca na pełen etat”, a przecież nigdzie w opowieści Joe nie ma śladu, aby ona w ten właśnie sposób zarabiała na życie, z czego więc żyje i kiedy pracuje, kiedy śpi i kiedy odpoczywa, kiedy je? Albo opowieść o pociągu z jego trzydziestoma paroma wucetowymi kochankami… Pyta Joe Seligmana „czy więcej skorzystasz wierząc mi czy nie wierząc?” – ale co miała na myśli? W jaki sposób ON miałby skorzystać? Tak, czy owak? Czy jej opowieść to dla niego erotyczny sen? Czy to film pornograficzny czyli możliwość rozładowania się bez konieczności wchodzenia w relację, na którą nie umiał(by) się zdobyć? A może on i Joe to jeszcze będzie kolejna opowieść na literę S? Bo znowu ten von Trier nam macha środkowym palcem „fuckye”?

plakat do filmu

Uma Thurman

Już ktoś wcześniej zauważył, epizod Umy to film w filmie. Samo w sobie filmowe dzieło sztuki. Jestem głęboko przekonana, że wejdzie on do kanonu kina, kiedyś tam, kiedy temat i przyjęte w „Nimfomance” środki wyrazu przestaną już bulwersować. Bo, że tak się stanie, jestem tego pewna.

Znając troszkę styl kręcenia przez Larsa von Triera jestem gotowa zatem uwierzyć, że epizod zdradzanej rozhisteryzowanej żony był jego pomysłem a jej spektakularną i genialną improwizacją. TAKICH bowiem reakcji psychicznych z darciem strun głosowych i orgazmem histerii NIE MOŻNA zagrać. Nie jest to scena zagrana. To scena przeżyta. I na tym chyba polega wielkość Umy Thurman. Bo jak mogła to przeżyć przed kamerą? Jak to możliwe?

Uma Thurman

Podsumowanie

O seksie w tym filmie, o scenach nagości, seksu na żywo, obrazach prącia takiego czy innego a czasem kilkunastu na jednym statycznym obrazie pisać nie będę. Bo mi się nie chce.

Jak inaczej przedstawić dosadnie taki poziom tego rodzaju uzależnienia? Jeśli w filmach o alkoholizmie nie zobaczymy wymiotującego aktora, a w filmie o narkomanie biorącego w żyłę, to co właściwie poczujemy? Środki wyrazu przyjęto takie, bo takie jest nowoczesne kino, bo taki jest Lars von Trier. Kropka.

Z oceną filmu czekam na część drugą. Chociaż wiem, że i wtedy łatwo mi ona nie przyjdzie. Jest bowiem Lars von Trier artystą, który niczego „nie sprzedaje”. A taką sztukę, której nie „da się kupić” niełatwo jest strawić i niełatwo skomentować. To kino autorskie, ciężkie i poważne. Z pewnością nie dla każdego. Że w głowie potem zostają obrazy i pytania – to zatem nic oryginalnego. Jednak, że pozostają też wspomnienia emocji – to sztuka, która jednemu chyba tylko Larsowi się udaje.

Czy „Bocca di Rosa” Fabrizio De André to „Nimfomanka” Larsa von Triera?

Styczeń 27, 2014 § Dodaj komentarz

Nazywano ją Różane Usta
szukała miłości, szukała miłości,
Nazywano ją Różane Usta
szukała miłości ponad wszystko.

Ledwie wysiadła z pociągu na stacji
w miejscowości Św. Hilary
wszyscy wiedzieli na pierwszy rzut oka
że nie będzie ona zakonnicą.

Są tacy co kochają się z nudów
którzy wybierają taką profesję
Różane Usta ni jedno ni drugie
ona czyniła to przez pasję.

Ale ta pasja często prowadzi
do zaspokajania szczególnej żądzy
i nie wnikając czy nasz Kupidyn
ma serce wolne czy też ma żonę

I było tak, że z dnia na dzień
Różane Usta ściągnęła na siebie
straszliwy suczy gniew tychże
którym zabrała ich kości.

A te plotkary z tej miejscowości
nie omieszkały strzępić języka
lecz środki zaradcze do tego punktu
ograniczały do inwektyw.

Wie się że ludzie „dobrze poradzą”
dając kazania w stylu Jezusa
wie się że ludzie dobrze poradzą
gdy nie potrafią świecić przykładem.

Jak taka stara nigdy zamężna
i żadnych dzieci, żadnych pragnień,
postanowiła, z „dobrej woli”
wszystkim się dobrze zająć.

I odzywając się do tych zdradzanych
rzekła do nich co następuje:
„Kradzież miłości trzeba ukarać-
rzekła-wykorzystując prawo”.

I one poszły na komisariat
mówiąc tam bez ogródek:
„ta zdzira ma już za dużo klientów
więcej niż dom towarowy”.

I nadjechało czterech żandarmów
z pióropuszami z pióropuszami
i nadjechało czterech żandarmów
z pióropuszami i z pistoletami.

Sprawy sercowe nie są tematem
do rozstrzygania przez żandarmów
ale tym razem złapali pociąg
i odstawili ją tam z niechęcią.

A na peronie byli już wszyscy
od komisarza do zakrystiana
a na peronie byli już wszyscy
we łzach i z kapeluszem w dłoni,

żeby pozdrowić tę co na chwilę
bez udawania bez udawania,
żeby pozdrowić tę co na chwilę
przyniosła miłość do miejscowości.

Była tam żółta tektura
z czarnym napisem
mówiła „Żegnaj Różane Usta
z tobą opuszcza nas wiosna”.

Ale historia najciekawsza
nie potrzebuje żadnej gazety
bo ona jak strzała z łuku
leciała szybko z ust do ust.

I było  na kolejnej stacji
jeszcze więcej ludzi niż gdy wsiadała
ten wyśle całus, tamten rzuca kwiaty
ten rezerwuje dwie godziny.

Nawet ksiądz  nie pogardzi
między spowiedzią a namaszczeniem
dobrami ulotnymi od tej piękności
chce być następny w procesji do niej.

I Matka Boska w pierwszym rzędzie
Różane Usta już trochę daleko
zabrała w podróż po kraju
miłość świętą i miłość profanum

Streszczenie

Po raz kolejny Fabrizio obnaża małość, hipokryzję i nędzę ludzkiej duszy. Odsłania kamuflaż dla fałszywej moralności. W miejscowości św. Hilary pojawia się szczególna dziewczyna, dziewczyna, która natychmiast oczarowuje wszystkich mężczyzn wzbudzając w nich fizyczne pożądanie. Jednak jej względy nie są na sprzedaż, nie jest to taki typ kobiety, która z tych licznych kontaktów seksualnych czerpałaby korzyści finansowe. Obdarzona ogromnym temperamentem oddaje się wielu kochankom, nie zastanawiając się nawet, czy są oni żonaci czy też nie. Sytuacja początkowo bulwersuje pruderyjne „comari” (to określenie w języku włoskim oznacza wścibskie sąsiadki, baby, staruchy stojące w chustach pod kościołem, komentujące i plotkujące) wywołują szum, komentują, podburzają. Następnie nerwy puszczają zdradzanym żonom (Fabrizio wykorzystuje słowo „cornute” – odpowiednik męskiego „cornuto” czyli rogacza – a zatem „rogaczki”). Ostatecznie stara samotna i zgorzkniała dewota postanawia zrobić z tym wszystkim porządek. Składa doniesienie na posterunku oskarżając Różane Usta o prostytucję. W efekcie dziewczyna zostaje wygnana, choć tłumnie i czule żegnana przez wszystkich, nawet księży (hipokrytów).

Omówienie

Fabrizio De André jak często to czynił i teraz opisał prawdziwą historię – Różane Usta nazywała się w rzeczywistości „Mariza” i była blondynką z Istrii. Trudno mi powiedzieć, gdzie o niej usłyszał, być może była to sprawa opisywana w mediach? Wiadomo jedynie, że kiedy piosenkę „Bocca di Rosa” już zaśpiewał, pewnego dnia Mariza zapukała do jego drzwi i kiedy otworzył, powiedziała „wreszcie mogę cię poznać”.

To, co zastanawiające w retoryce De André to jego stosunek do „fizycznej miłości” – jest bowiem Bocca di Rosa po prostu „Nimfomanką” Larsa von Triera, może nie chorą, uzależnioną, lecz jednak jest ona wcieleniem tego co starożytni nazywali „Erosem”.

Co ciekawe – istnieją dwie możliwości przetłumaczenia jej imienia „Bocca di Rosa” może oznaczać zarówno różowe usta jak i usta róży. Róża tymczasem będąc symbolem cielesnej miłości jest również atrybutem Marii Dziewicy (sic!).

I co to właściwie jest miłość? Czy prosty podział na „philos”, „eros” i „agape” jest wystarczający? Nie – odpowiada Faber – właściwy podział to taki : „l’amore sacro” (miłość święta) i „l’amore profano” (miłość bluźniercza).

Kiedy pyta ktoś „Why do men love bitches?” – bo to prawda, że kochają, Fabrizio też zdaje się to dobrze rozumieć, ale dlaczego? Z jednej strony „Bocca di Rosa” zdaje się dawać jakieś odpowiedzi – bo są spragnieni czułości, bliskości, zaspokojenia, którego nie mogą znaleźć? Bo czują się samotni? „Bo są łatwi” – odpowiada von Trier. A może tajemnicą jest ta olbrzymia energia i TO COŚ – mówi Fabrizio – TO ONA – Bocca di Rosa – to ona ma w sobie to coś, czemu nie można się oprzeć.

Jest wyjątkowa.

SZTUKA bulwersacji czy dociekanie prawdy – AKT studium NIEIDEALNEJ FORMY i „kiepski pornos” Larsa von Triera

Styczeń 26, 2014 § Dodaj komentarz

„Któż pamięta o tym, że wszyscy ludzie pod ubraniami są nadzy: jest to najprostsze powszechne braterstwo.”

Stefan Napierski

CCF20140120_00004

„Język angielski, w swoim wypracowanym bogactwie, odróżnia nagość od aktu. Być nagim (obnażonym) – to znaczy być pozbawionym ubrania, i słowo to zakłada pewne zakłopotanie, które każdy z nas odczuwa w podobnej sytuacji. Słowo „akt” nie ma tego kłopotliwego (zawstydzającego) podtekstu. Wywołuje wyobrażenie ciała pełnego równowagi, pewności i rozkwitu – ukształtowanego, a nie ciała bezbronnego i skurczonego. Słowo to zostało wprowadzone do słownika przez krytyków w początkach XVIII wieku, aby przekonać nie nazbyt zżytych ze sztuką wyspiarzy, że w krajach, gdzie malarstwo i rzeźba były uprawiane i należycie cenione, nagie ciało człowieka jest głównym przedmiotem zainteresowania sztuki.” Kenneth Clark „Akt. Studium idealnej formy”

CCF20140120_00003


Gdy rozmawiamy o języku, to dziwnie się składa, że współcześnie to jednak język polski w najwyższym stopniu odróżnia „akt” (z łacińskiego „actus”) od „nagości”. Angielskie „nude” i nagie „naked” wywodzą się wszak z tego samego pnia słownego (pomimo oczywistego wyraźnego rozróżnienia). Tak samo rzecz ma się w przypadku języka włoskiego (języka łacinie najbliższego?) – we współczesnym języku włoskim (zważmy acz, że jest on tworem całkowicie sztucznym w swej Dantejskiej nowożytności i XX wiecznej niespójności) męski „il nudo” (akt) jest rozróżniony od żeńskiej „la nudità”.

„Co to jest akt? Jest to forma sztuki ustalona przez Greków w V wieku p.n.e., tak jak opera jest formą sztuki ustaloną w siedemnastowiecznej Italii. Jest to zapewne zbyt lapidarny wniosek, dobitnie jednak podkreśla, że akt nie jest przedmiotem sztuki, lecz formą sztuki.”

„Szeroko rozpowszechnione jest mniemanie, że nagie ciało ludzkie jest obiektem, po którym oko błądzi z przyjemnością i którego wyobrażenie chętnie ogląda. Ułudność tego mniemania jest oczywista dla każdego, kto widział bezkształtne, żałosne modele pracowicie rysowane przez studentów akademii. Ciało nie jest jednym z tych motywów, które mogą zostać przekształcone w sztukę przez proste przeniesienie – jak tygrys lub śnieżny krajobraz. Często patrząc na świat przyrody, na zwierzęta, z radością identyfikujemy się z tym, co widzimy, i z tego radosnego zjednoczenia powstaje dzieło sztuki. Proces ten estetycy nazywają empatią. Znajduje się on na przeciwnym biegunie aktywności twórczej niż stan umysłu, który tworzy akt. Masa nagich ciał nie wywołuje empatii, lecz budzi rozczarowanie i niesmak. Nie chcemy naśladować, chcemy udoskonalać.” Kenneth Clark „Akt. Studium idealnej formy”

CCF20140120_00001

Frances Borzello, krytyczka sztuki polemizując dziś z tezami Kennetha Clarka snuje własną hipotezę jakoby artyści współcześnie przestali być zainteresowani idealizowaniem formy, lecz pragnęli konfrontować widza z seksualnością, wywołującą u niego dyskomfort taki, jaki może wywoływać widok NAGIEGO ciała, co prawdopodobnie jest wynikiem zatracenia współcześnie granicy pomiędzy „nagością” a „aktem”. Odtąd, granica pomiędzy nimi miałaby być płynna i niejednoznaczna. Brak tej granicy byłby często demaskowany przez uczucie wstydu i zażenowania mogącego towarzyszyć nam w trakcie udziału w perfomansach z udziałem nagiego obiektu lub autora, czego przykładem choćby powszechnie znane liczne manifestacje artystyczne Jerzego Beresia. (zobacz : http://ninateka.pl/film/ksw-jerzy-beres-manifestacja ) Dla Francis Borzello ta zmiana jest sposobem demokratyzacji aktu, odtąd każdy widz ma indywidualne prawo do decydowania czy ma do czynienia z „aktem” czy jego przeciwieństwem, które nazwijmy wprost „pornografią”. Czy granicę przełamały kopulujące akty Francisa Bacona czy łamie ją „Nimfomanka” Larsa von Triera? A może tabu nagości złamane lata wcześniej kieruje się w stronę coraz większego „odkrywania” tajemnic ludzkiego ciała i duszy? W jednym z wywiadów powiedział Bacon, że albo można mówić o czymś wprost albo mówić o czymś co mówi o tym.

Francis Bacon, Two Figures, 1953

„<<Jeżeli akt jest tak traktowany, że wzbudza w widzu idee lub pragnienia stosowne do przedmiotu fizycznego>>, mówi profesor Alexander, <<oznacza to złą sztukę i złą moralność>>. Ta uduchowiona teoria sprzeczna jest z doświadczeniem. W mieszaninie wrażeń i przypomnień, jakie wywołują w nas „Perseusz i Andromeda” Rubensa czy „Jasnowłosa w kąpieli” Renoira, jest wiele „stosownych do przedmiotu fizycznego”. I chociaż słowa słynnego filozofa są często cytowane, trzeba podważyć to co oczywiste i powiedzieć, że każdy akt, nawet najbardziej abstrakcyjny, powinien wzbudzić w widzu choćby ślad odczuć erotycznych, choćby ich cień – jeżeli tak nie jest, oznacza to złą sztukę i złą moralność. Pragnienie objęcia drugiego ludzkiego ciała i zjednoczenia się z nim jest fundamentalną częścią naszej natury tak dalece, że w nieunikniony sposób wpływa na sąd o tym, co jest znane jako <<czysta forma>>.” Kenneth Clark „Akt. Studium idealnej formy”

Czy w nafaszerowanej scenami seksualnych aktów „Nimfomance” dostrzeżemy zatem „elementy pornograficzne” czy też nie będziemy chcieli ich tak nazywać, nic nie zmieni faktu, że ten widok musi poruszyć i w nas „choćby ślad odczuć erotycznych” parafrazując Clarka. Czy w swoich poszukiwaniach granicy człowieczeństwa zapędził się Bacon ze swoimi „aktami” i innymi scenami „zoofilnymi” na manowce sztuki, poza granicę za którą leży PERWERSJA lub PORNOGRAFIA? Czy obecnie nadal mamy prawo, my artyści, bronić się przed oskarżeniami o epatowanie seksem i zatracenie granic „przyzwoitości” twierdzeniami o istniejącej wyraźnej, liniowej granicy pomiędzy „aktem” a „nagością”? Dzisiaj, w czasach, kiedy akty utraciły już wielbioną przez starożytnych Greków, a niejako definiującą AKT przez Clarka „idealną formę”?

Przywołuję z pamięci jedną z modelek – w trakcie studiów na Akademii zetknęłam się z wieloma modelami, jednak ta jedna była szczególna, starsza, niemal chuda. Mówiła, że dla niej nie istnieje pojęcie „nagości”, że wszyscy ludzie, których spotyka, są dla niej nadzy. Czy była to psychiczna samoobrona przed przenośnym i dosłownym nawet „odarciem z zasłony”? Była ona dla mnie wielkim źródłem inspiracji, ponieważ mnie najbardziej w człowieku pociąga właśnie jego kruchość i niedoskonałość. Nie potrafię tego wyjaśnić. Nie pragnę więcej „aktów studiów idealnej formy” – a może dla mnie, a może dla współczesnych „studium idealnej formy” to więcej niż „idealne” ciało? Dziś, w czasach transformacji kulturowej, tak szumnie zwanej „kultury masowej” – FOTOSZOPOWANE ciała nierzeczywiste i laurkowe otaczając nas zewsząd wywołują odruchy lęku i przerażenia? Jak manekin dostrzeżony kątem oka, na widok którego coś w nas porusza się z niepokojem…bo to niby człowiek ale … taki nieprawdziwy?

A może odrzucenie „idealności formy” i tak zwanego PIĘKNA jest manifestacją, emancypacją artystów? Zaznaczeniem, że poszukują czegoś więcej, czegoś pełniej, czegoś, czego nie można znaleźć oszukując, mamiąc oczy, zakrywając brudy…PRAWDY? O nas samych…jacy NAPRAWDĘ jesteśmy. A nie tylko tego, jacy objawiamy się części świata.

CCF20140120_00010

„Bezkarnie nie można przekraczać pewnych granic. Są, mówię, pewne stany graniczne, jak menisk wypukły w kieliszku, których nie dane jest bezkarnie przekraczać nikomu. Są za to kary. Za przekroczenie granicy wolności są różne kary. Łagodne i straszliwe : od niemożności noszenia zegarka na przegubie, bo to są kajdanki, do tęsknoty wielkiej za czymś bliżej niewiadomym. Tęsknoty dzikiej i odurzającej, jak ubytek krwi. Nad broczącym płynie wiatr. Bierze go i sieje. To jest kara za przekroczenie granicy wolności. Za przekroczenie granicy radości karą jest ból.” Edward Stachura

Czy przekroczeniem granicy wstydu jest bezwstyd?

——————————

„Być nagim oznacza być sobą. Być aktem oznacza być widzianym jako nagi przez innych, a jednak nie być uznawanym dla samego siebie. Nagie ciało musi być postrzegane jako obiekt, by stało się aktem. (Jego widok jako obiektu stymuluje jego wykorzystanie jako obiektu.) Nagość objawia samą siebie. Akt wystawiany jest na pokaz. Być nagim oznacza być nieubranym, niezamaskowanym. Być wystawionym na pokaz oznacza transformację powierzchni skóry, włosów danej osoby – w maskę, w przebranie, którego – jeżeli jest się „na wystawie” – nigdy nie można się pozbyć. Osoba – „akt” skazana jest na to, że nigdy nie będzie naga. Akt jest rodzajem stroju.” John Berger „Sposoby widzenia”

CCF20140120_00011

Pewnego dnia, w trakcie zajęć z rysunku profesor W. posadził naszą modelkę na pudle, tydzień później powiesił drugie pudło koło jej głowy.

„Ludzkie ciała… co sprawiło, że stały mi się obojętne? Jak towar w sklepie lub jak martwa natura. Martwa w rzeczy samej.” zapisałam w dzienniku.

————————————-

Najbardziej znanym, udoskonalanym przez wieki, idealizowanym aktem będącym jednocześnie apoteozą cierpienia jest „ukrzyżowanie Jezusa”. Temat, z którym niemal każdy artysta wywodzący się z kultury Zachodu chciał się choć raz zmierzyć i to niezależnie od wyznawanej lub nie wiary.

Da01

Krucyfiks. Nagie ciało w agonii.

Ciało.

Tak o ukrzyżowaniu pisał obrazoburca Francis Bacon:

„Znasz ten wspaniały krucyfiks Cimabue? Zawsze myślałem o nim jako o obrazie – to glista, która zsuwa się z krzyża. Próbowałem oddać jakoś to uczucie, które nachodzi mnie czasami, kiedy patrzę na tę faliście zsuwającą się z krzyża postać.”

————————————-

Na kolejnych zajęciach profesor był bardzo wzburzony. Zły, niezadowolony. Gęsta atmosfera. Studenci usłyszeli, że są ślepi. Że nie próbują niczego zrozumieć, ZOBACZYĆ. Że patrzą, ale nie widzą. Że wynika to z ich „bylejakości”, „nieróbstwa”, duchowego „niechlujstwa”, a doprawione brakiem jakiegokolwiek talentu sprawia, ze jemu już opadają ręce. Modelka została zwolniona do domu, „teraz będziecie rysować pudło” – bo tylko tyle jesteście warci. Nauczcie się „widzieć” pudło, zwykły sześcian, takie to trudne? Jak proste, to proszę – narysuj mi tu sześcian. Ten sześcian. To czarne pudło co tu wisi. Jak dostrzeżesz to coś, to może i zobaczysz modela. To może wtedy zasłużysz na to żeby przejść do „aktu”. Studenci zniknęli. Pół roku pełna dotąd pracownia świeciła pustkami. Sporadycznie zjawiali się wystraszeni próbujący COŚ ZOBACZYĆ I COŚ NARYSOWAĆ.

Wraz z końcem semestru wielu nie dostało zaliczenia.

„Malarstwo to żmudna, ciężka, wyczerpująca praca. Poszukiwanie tej jedynej, ostatecznej formy, przez którą wypowiem to, co przeżywam. Chcę rozedrzeć żebra, dotrzeć do wnętrza, odnaleźć to, co nie istnieje. Gdzie leży granica” Marek Oberlaender

„Pragnąłbym namalować obraz o niczym. Byłby to obraz o wszystkim, zawrzeć w nim wszystkie zachody słońca, wszystkie olśnienia i zachwyty, wszystkie lęki i przerażenia. Ale to chyba niemożliwe” – W. (mój profesor z malarstwa)

To pudło było aktem. Aktem pudła.

Ale nieobecność podmiotu – CZŁOWIEKA, napawała mnie smutkiem.

CCF20140120_00013

———————————————

Czy dziś istnieje liniowa granica pomiędzy „aktem” a „byciem nagim”? Czy są granice wstydu, za który nie wolno nam się na naszą wycieczkę wybrać? Czy są „moralne” granice poznania, doznania? Czy film Larsa von Triera jest „filmem o seksie”, pornograficzną szmirą przeładowaną „wyintelektualizowanymi” rozważaniami z pogranicza pseudopsychologii i nauki o zachowaniach zwierząt? Czy też jest pytaniem o to „czym jest miłość”? I czy człowiek to tylko takie bardziej inteligentne zwierzę?

Sam fakt, że takie pytania zadaję, każą mi sądzić, że totalnie tandetnym napakowanym seksem nudziarstwem jednak nie był, chociaż tak łatwo do tego koszyka go wsadzić.

Czy istnieje w sztuce granica „przyzwoitości”, za którą nie wolno wejść? Dlaczego Jezus na krzyżu będąc aktem, jest okryty, skoro z pewnością nie był? Czy ten „półakt” jest kulturowym sankcjonowaniem wstydu?

Sztuka, a w tym pojęciu mieści się i malarstwo Francisa Bacona i film Larsa von Triera służy opisywaniu świata (tego widzialnego i tego niewidzialnego) i ludzi, jest elementem poznawczym czasów i kultur. Dzisiejsza sztuka sięga głęboko, a zanurzając się w tę studnię musi odkrywać to co zakryte. Taka jest jej droga, z której już nie zawróci. Jestem tego pewna.

———————————-

„Jeden rysunek może ci nie wyjść. Dziesięć rysunków może ci nie wyjść. Ale jeśli to zobaczysz, wtedy to przeżyjesz. Wtedy to zapiszesz i to już mi wystarczy.” (cytat z osobistej rozmowy z profesorem W. z 1998 roku)

w tekście wykorzystałam lawowany rysunek i szkice do rysunków z własnych zbiorów
warto zajrzeć pod adres http://www.telegraph.co.uk/culture/books/bookreviews/9583752/The-Naked-Nude-by-Frances-Borzello-review.html

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Nimfomanka at makarondizajn.