„Nimfomanka I” Larsa von Triera – czy „fajnie jest go poniżać i być przez niego poniżanym” ?

Luty 4, 2014 § Dodaj komentarz

O „Nimfomance” nie jest łatwo pisać, chyba przez wzgląd na towarzyszące temu filmowi sprzeczne emocje – od skrajnie negatywnych do euforii. Dodatkowo, przez swoją formułę „filmu pornograficznego” został on pozornie odarty…stój – rozebrany! ze swojego głównego przesłania, a jego temat w wielu recenzjach rozmywa się. Jest bowiem „Nimfomanka” filmem o głębokim uzależnieniu, a znacznie w mniejszym stopniu „filmem o seksie”. Walorów poznawczych lub edukacyjnych, których doszukiwali się goście „Hali Odlotów” wraz ze znanym seksuologiem nie zauważyłam. Chyba, że ktoś szukał instruktażu łatwego podrywu na szybki seks w pociągowej toalecie, tzn. tego jak „to zrobić”, jak namówić na seks przygodnego pasażera. Łał….takie to proste? Mówi von Trier „niestety” – i chociaż wiedza nie zweryfikowana, wygląda sensacyjnie, pytanie pozostaje – kto takiej wiedzy poszukuje w kinie Larsa von Triera??

Charlotte Gainsbourg jako Joe

O uzależnieniach

Wszyscy wiemy, że istnieje bardzo wiele bardzo różnych uzależnień, od alkoholizmu i narkomanii (które tak łatwo zdiagnozować) do uzależnienia od hazardu, telewizji, internetu czy nawet uwielbienia przez innych (narcyzm) oraz seksu i/lub miłości. To ostatnie uzależnienie jest chyba jednym z trudniejszych od zdiagnozowania, gdyż potrzeba odczuwania miłości i postępowania w związku z nią zgodnie z ustalonym kanonem zachowań związanych z kulturą wydaje się często pozornie całkowicie naturalna.

Tym co łączy wszystkie te zjawiska jest wspólna wszystkim uzależnionym niska samoocena (często temporalna tzn. zależna od czasu i okoliczności) oraz kompulsywne zachowania podejmowane w reakcji pseudo-samoobrony.

Uzależnienie tym się charakteryzuje, że wymaga od uzależnionego ciągłego powtarzania, dostarczania organizmowi toksycznych w rzeczywistości substancji, o działaniu euforycznym – od środków odurzających do pobudzania własnego organizmu do wydzielania hormonów czyli naturalnych środków chemicznych, takich jak choćby najbardziej znanych „hormonów szczęścia” czyli endorfin. Te podawane regularnie substancje o działaniu euforycznym zwiększają samoocenę, zmniejszają ból i odczuwanie samotności, tłumią poczucie winy i autokrytycyzm, odurzają umysł zmniejszając poważnie zdolność do niezależnego myślenia. Odurzony czuje się szczęśliwy, lekki, wszechmocny i nieśmiertelny, czuje, że jest wyjątkowy, niepowtarzalny i cudowny. W efekcie odstawienia następuje nagły i ostry „zjazd” tego stanu ducha i samopoczucia. Świat staje się beznadziejną, pozbawioną sensu próżnią. Życie wypełnione jest bezładem i chaosem. Nasz uzależniony bohater jest nikim, jest opuszczonym przez wszystkich i niekochanym przez nikogo prochem. Równie dobrze w ogóle mogłoby go nie być.

Joe i jej matka

Nimfomanka

Czy tak właśnie czuje się tytułowa „nimfomanka”? Jestem głęboko przekonana, że tak. Lars nie pokazuje (na razie) przyczyny, widzimy wszakże nieprawidłową relację wzajemną jej rodziców, brak tam miłości i czułości, a nawet można by powiedzieć, brak jakichkolwiek uczuć. Zimna, lodowata matka i niepokojąco uroczo, męski i niestarzejący się wcale a wcale ojciec. Nie wiemy jaka naprawdę była relacja Joe z ojcem, wiele niepokojących sygnałów zmusza mnie do zastanowienia czy naprawdę Christian Slater to taka niedobrana rola… Jeszcze zobaczymy, ten film jeszcze się nie skończył.

Cóż, z punktu widzenia formalnego, podejrzewam, że zabieg z podziałem filmu na dwie części był świadomym, zamierzonym środkiem wyrazu uświadamiającym „niecierpliwemu” widzowi stan ducha uzależnionego oraz takim, typowym dla Larsa von Triera gestem środkowego palca w kierunku widza, wszak mamy do czynienia z prowokatorem. Kino von Triera żyje, nie jest tylko jednostronnym spektaklem, jak w „Dogvile” czy jak w „Przełamując Fale”, jak w „Melancholii”, nie pozostaniesz obojętny widzu, ty też jesteś częścią tego spektaklu, twoje reakcje i oburzenie są elementami „larsowego” przedstawienia.

Joe rośnie w tym złym gnieździe, a my obserwujemy całkiem interesującą (szczególnie na początku, gdy jako dziecko kieruje swoje zainteresowanie ku podbrzuszu, a jako nastolatka zmierza się z „problemem każdej nastoletniej nimfomanki” jak się wyraziła czyli „pozbyciem się dziewictwa”). Z czasem bohaterka zapada, świadomie lub nie, z wyboru lub nie, w nałóg. Nałóg seksoholizmu. Odtąd całe jej życie i wszystkie jego aspekty odmierzane będą przez ilości przewijających się przez jej ciało mężczyzn. Czy wielką miłość do Jerome’a sobie zmyśliła? Wyimaginowała, wyolbrzymiła? Wcale niczego nie odczuwając, nie znając prawdziwej miłości? Czy zakochała się na żądanie, bo chciała? Bo nie chciała być gorsza od innych? Bo usłyszała o tajemnym składniku seksualnego doznania, który nazywa się „MIŁOŚĆ”? I też chciała tego doświadczyć, więc oto, pstryk, palcami i już, kandydat się znalazł, mamy Kupidyna?

Nie wiemy.

Zakończenie pierwszej części „Nimfomanki”, a właściwie ostatnie zdanie wykrzyknięte przez bohaterkę każe nam czekać na ciąg dalszy. Jest mocne. Czy byłam zdziwiona? Czy było mi żal tej biednej dziewczyny? Nie. I tak.

Ale co to właściwie jest miłość?

Tak przy okazji, pytanie zjawia się nagle jak podmuch przeciągu otwartych drzwi kina, bo już leci ostry kawałek grupy Rammstein „Prowadź mnie” i wszyscy wychodzą.

Ja wciąż siedzę.

Seligman

Postać (ach WSPANIAŁA ZNOWU rola Stellana Skarsgårda – etatowego aktora von Triera) słuchacza nimfomanki jest zagadkowa. Czy to jednoosobowa personifikacja widowni czyjegoś życia? Czy to my? Czy my to ona, czy my to on? Czy też i on i ona są w tak ścisłym związku ze sobą, że bez słuchacza nie byłoby opowieści a opowieść nie toczyłaby się gdyby nie on czyli słuchacz? Jego reakcje, od skrywanego szoku, przez próbę pseudonaukowego, przefilozofowanego i przeintelektualizowanego (niezbyt trafionego nawet) tłumaczenia i uzasadniania do próby akceptacji nieakceptowalnego, czyli nałogu który niszczy tę napotkaną przypadkiem osobę. Seligman słucha z wypiekami na twarzy, czy dlatego, że sam niewiele przeżył? Jak każdy, także i on, w warunkach zaufania i komfortu domowego zacisza, gdzie nikt nie może go podejrzeć, zagłębia się podniecony w kręconą i często jakby naciąganą opowieść, taką, w którą czasem nie sposób uwierzyć – no bo jeśli prawdą miałoby być odbywanie po 7 spotkań i 7 stosunków seksualnych na dzień, to trzeba by przyjąć, że jest to „praca na pełen etat”, a przecież nigdzie w opowieści Joe nie ma śladu, aby ona w ten właśnie sposób zarabiała na życie, z czego więc żyje i kiedy pracuje, kiedy śpi i kiedy odpoczywa, kiedy je? Albo opowieść o pociągu z jego trzydziestoma paroma wucetowymi kochankami… Pyta Joe Seligmana „czy więcej skorzystasz wierząc mi czy nie wierząc?” – ale co miała na myśli? W jaki sposób ON miałby skorzystać? Tak, czy owak? Czy jej opowieść to dla niego erotyczny sen? Czy to film pornograficzny czyli możliwość rozładowania się bez konieczności wchodzenia w relację, na którą nie umiał(by) się zdobyć? A może on i Joe to jeszcze będzie kolejna opowieść na literę S? Bo znowu ten von Trier nam macha środkowym palcem „fuckye”?

plakat do filmu

Uma Thurman

Już ktoś wcześniej zauważył, epizod Umy to film w filmie. Samo w sobie filmowe dzieło sztuki. Jestem głęboko przekonana, że wejdzie on do kanonu kina, kiedyś tam, kiedy temat i przyjęte w „Nimfomance” środki wyrazu przestaną już bulwersować. Bo, że tak się stanie, jestem tego pewna.

Znając troszkę styl kręcenia przez Larsa von Triera jestem gotowa zatem uwierzyć, że epizod zdradzanej rozhisteryzowanej żony był jego pomysłem a jej spektakularną i genialną improwizacją. TAKICH bowiem reakcji psychicznych z darciem strun głosowych i orgazmem histerii NIE MOŻNA zagrać. Nie jest to scena zagrana. To scena przeżyta. I na tym chyba polega wielkość Umy Thurman. Bo jak mogła to przeżyć przed kamerą? Jak to możliwe?

Uma Thurman

Podsumowanie

O seksie w tym filmie, o scenach nagości, seksu na żywo, obrazach prącia takiego czy innego a czasem kilkunastu na jednym statycznym obrazie pisać nie będę. Bo mi się nie chce.

Jak inaczej przedstawić dosadnie taki poziom tego rodzaju uzależnienia? Jeśli w filmach o alkoholizmie nie zobaczymy wymiotującego aktora, a w filmie o narkomanie biorącego w żyłę, to co właściwie poczujemy? Środki wyrazu przyjęto takie, bo takie jest nowoczesne kino, bo taki jest Lars von Trier. Kropka.

Z oceną filmu czekam na część drugą. Chociaż wiem, że i wtedy łatwo mi ona nie przyjdzie. Jest bowiem Lars von Trier artystą, który niczego „nie sprzedaje”. A taką sztukę, której nie „da się kupić” niełatwo jest strawić i niełatwo skomentować. To kino autorskie, ciężkie i poważne. Z pewnością nie dla każdego. Że w głowie potem zostają obrazy i pytania – to zatem nic oryginalnego. Jednak, że pozostają też wspomnienia emocji – to sztuka, która jednemu chyba tylko Larsowi się udaje.

Where Am I?

You are currently browsing entries tagged with Stellan Skarsgård at makarondizajn.